Licz­ba Bestii

Chy­ba naj­bar­dziej roz­po­wszech­nio­nym prze­są­dem licz­bo­wym, zako­rze­nio­nym nota­be­ne w Biblii, jest prze­ko­na­nie o feral­no­ści licz­by Bestii, czy­li 666.

Tu potrzeb­na jest mądrość.
Kto ma rozum niech poli­czy licz­bę Bestii;
licz­ba to bowiem człowieka.
A licz­ba jego sześć­set sześć­dzie­siąt sześć. 
Obja­wie­nie św. Jana (13, 18)

Postać Bestii (przy­wo­ła­na po raz pierw­szy w Ap 13,1) prze­ciw­sta­wia się Bogu i wal­czy z jego wyznaw­ca­mi. We wcze­snym chrze­ści­jań­stwie licz­bę 666 odno­szo­no (np. św. Ire­ne­usz z Lyonu) do prze­śla­dow­cy reli­gii chrze­ści­jań­skiej, czy­li Cesar­stwa Rzym­skie­go. Dla­cze­go? Licz­by w sta­ro­żyt­no­ści przed­sta­wia­no za pomo­cą kolej­nych liter alfa­be­tu – np. w grec­kim sys­te­mie licz­bo­wym każ­da licz­ba mniej­sza niż 10, wie­lo­krot­no­ści 10 i wie­lo­krot­no­ści 100 (do 900) mia­ły przy­pi­sa­ną oddziel­ną lite­rę. W języ­ku grec­kim Rzy­mian okre­śla­no sło­wem: λατεινος (Late­inos). Trak­tu­jąc kolej­ne lite­ry tego sło­wa jako odpo­wied­nie licz­by, otrzy­mu­je­my sumę: λ (30) + α (1) + τ (300) + ε (5) + ι (10) + ν (50) + ο (70) + ς (200), czy­li 666.

War­to pod­kre­ślić, że to dopie­ro we współ­cze­snej kul­tu­rze popu­lar­nej licz­bie 666 dopi­sa­no „dia­bel­ski” wymiar i stra­szy się nią w tanich horrorach.

*

Micha­el Sti­fel (1487 – 1567) to nie­miec­ki mnich z Zako­nu Świę­te­go Augu­sty­na i mate­ma­tyk, przy­ja­ciel Mar­ti­na Lutra. Oprócz modli­twy i liczb jego pasją była nume­ro­lo­gia (misty­ka zna­czeń kry­ją­cych się za licz­ba­mi). „Suk­ce­sy” na tym polu przy­ćmi­ły nawet mate­ma­tycz­ne doko­na­nia, któ­rych miał wca­le pokaź­ną ilość. Pierw­szym jego wyczy­nem na polu nume­ro­lo­gii był „dowód”, że urzę­du­ją­cy ówcze­śnie za Spi­żo­wą Bra­mą papież Leon X jest ową Bestią z Obja­wie­nia św. Jana, czy­li nie­przy­ja­cie­lem Boga.

Przy­po­mnij­my, dru­ga deka­da XV wie­ku. Han­del odpu­sta­mi przy­brał for­mę nagmin­ną, wywo­łu­jąc bunt Mar­ci­na Lutra, mło­de­go augu­stia­ni­na, docen­ta teo­lo­gii z kate­dry bibli­sty­ki na Uni­wer­sy­te­cie w Wit­ten­ber­dze. Wie­czo­rem 31 paź­dzier­ni­ka 1517 roku przy­bił na drzwiach kościo­ła Wszyst­kich Świę­tych swo­je słyn­ne 95 tez, potę­pia­ją­cych przede wszyst­kim han­del odpu­sta­mi. Papież Leon X począt­ko­wo zba­ga­te­li­zo­wał bunt, trak­tu­jąc go jako wybryk naj­pew­niej nie­trzeź­we­go mni­cha i, by poskro­mić refor­ma­tor­skie zapę­dy bra­ta Mar­ci­na, zawe­zwał go do Rzymu.

Opór przy­szłe­go ojca chrze­ści­jań­skich wyznań pro­te­stanc­kich (za nim poszedł na przy­kład Jan Kal­win w Szwaj­ca­rii) spra­wił, że Leon X ogło­sił bul­lę wykli­na­ją­cą Lutra i naka­zu­ją­cą spa­lić jego dzie­ła. Z pomo­cą Lutro­wi pośpie­szył brat Micha­el, wyka­zu­jąc że cathe­drę Petri oku­pu­je Bestia w papie­skich sza­tach. Ośmie­lo­ny tym dowo­dem Mar­tin Luter publicz­nie rzu­cił w ogień eks­ko­mu­ni­kę zastęp­cy św. Piotra.

Dowód, któ­ry prze­pro­wa­dził Sti­fel, to nume­ro­lo­gicz­ny łama­niec z mate­ma­tycz­ną pod­kład­ką. Otóż w imie­niu papie­ża Leon DeCIMVs (deci­mus = dzie­sią­ty) suma wyróż­nio­nych liter jako liczb w nume­ra­cji rzym­skiej, wynosi

50 + 500 + 100 + 1 + 1000 + 5 = 1656.

Odej­mu­jąc następ­nie licz­bę M (myste­rium = tajem­ni­ca) oraz doda­jąc licz­bę X (Leona X), otrzy­mał ów sen­sa­cyj­ny wynik:

1656 – 1000 + 10 = 666.

Cóż, per­fid­na Bestia cza­iła się ponoć wszę­dzie, prze­ni­ka­jąc nawet Spi­żo­wą Bramę.

*

Arcy­nie­sław­nym popi­sem bra­ta Micha­ela był dowód, któ­rym „zabły­snął” w wio­sce Anna­berg jako miej­sco­wy pastor. Prze­po­wia­dał z ambo­ny, że 19 X 1533, według jego obli­czeń, nastą­pi koniec świa­ta. Para­fia­nie dali wia­rę swe­mu zapra­wio­ne­mu w nume­ro­lo­gii owcza­rzo­wi grzesz­nych dusz. Jęli tedy trwo­nić mająt­ki, by użyć, ile się da, resz­tek docze­sne­go żywo­ta. Gdy zapo­wia­da­ny feral­ny dzień niczym szcze­gól­nym się nie wyróż­nił (poza oblę­że­niem miej­sco­wych gospód), wie­śnia­cy wpa­dli we wście­kłość i tyl­ko wię­zie­nie uchro­ni­ło nie­for­tun­ne­go futu­ro­lo­ga przed ich zemstą.

Z lochów pobli­skiej Wit­ten­ber­gi został uwol­nio­ny dzię­ki wpły­wom i wsta­wien­nic­twu Lutra. W wię­zien­nej celi wit­ten­ber­skiej, pod­czas dłu­gich z koniecz­no­ści medy­ta­cji nad mar­no­ścią tego świa­ta, nie­do­szły gwiaz­dor nume­ro­lo­gii odkrył z prze­ra­że­niem, że prze­bie­gła Bestia sie­dzi ukry­ta w nim samym. W swo­im imie­niu Micha­el, odej­mu­jąc dwie pierw­sze lite­ry, otrzy­mał M – I = 1000 – 1 = 999. Z pozo­ru nic szcze­gól­ne­go, ale odwró­ce­nie cyfr do góry noga­mi daje prze­wrot­ną licz­bę Bestii.

*

Na prze­strze­ni wie­ków licz­ba 666 była przy­pi­sy­wa­na dzie­siąt­kom, jeśli nie set­kom osób. Podaj­my więc dla przy­kła­du, że dla zwo­len­ni­ków apar­the­idu Anty­chry­stem był Nel­son Man­de­la. W wię­zie­niu nada­no mu numer 466/64, co odczy­ty­wa­no jako „bestię” 666 zamknię­tą w czte­rech ścia­nach celi („Wię­zień 46664” był uży­wa­ny przez Man­de­lę jako tytuł czci­god­ny dla nie­go). Ku czci Man­de­li i na rzecz cho­rych na AIDS w latach 2003–8 orga­ni­zo­wa­no cha­ry­ta­tyw­ne kon­cer­ty pod nazwą „46664 Con­cert” w róż­nych mia­stach (Kapsz­tad, Geo­r­ge, Madryt, Lon­dyn, Johan­nes­burg), w któ­rych wzię­ły udział gwiaz­dy muzy­ki, mię­dzy innym Bono, Katie Melua, Peter Gabriel, Quin­cy Jones, Amy Wine­ho­use, Zuc­che­ro. Pod­czas tych kon­cer­tów wyko­ny­wa­no utwór „46664 (Long Walk to Fre­edom)”, autor­stwa spół­ki Bono (U2) – Joe Strum­mer (The Clash).

Licz­ba Bestii, zwa­na też licz­bą Apo­ka­lip­sy, posia­da skąd­inąd wie­le cie­ka­wych wła­sno­ści. I mimo że Bestia chro­ni swo­je taj­ni­ki, część z nich zosta­ła jej wydar­ta przez mate­ma­ty­ków. Oto co ponie­któ­re z nich:

  • Suma pierw­szych sze­ściu liczb (o wła­snych zna­kach) rzym­skich jest rów­na licz­bie Bestii.

1 (I) + 5 (V) + 10 (X) + 50 (L) + 100 (C) + 500 (D) = 666

  • Licz­ba Apo­ka­lip­sy jest sumą kwa­dra­tów pierw­szych sied­miu liczb pierwszych.

22 + 32 + 52 + 72 + 112 + 132 + 172 = 666

  • Feral­na licz­ba da się łatwo zapi­sać z uży­ciem szó­stych potęg dziel­ni­ków wła­ści­wych licz­by 6, czy­li pierw­szej licz­by dosko­na­łej (licz­by, któ­ra jest sumą wszyst­kich swo­ich dziel­ni­ków wła­ści­wych; 6 = 1 + 2 + 3).

16 – 26 + 36 = 666

  • 666 jest sumą pierw­szych kolej­nych trzy­dzie­stu sze­ściu liczb natu­ral­nych natu­ral­nych i tym samym two­rzy 36-tą licz­bę trój­kąt­ną (ilość kul bilar­do­wych ukła­da­ją­cych się w trój­kąt rów­no­bocz­ny); z kolei hazar­dzi­stów wypa­da prze­strzec, że jest to tak­że suma wszyst­kich liczb ruletki.

0 + 1 + 2 + 3 + 4 + 5 + … + 36 = 666

  • Jako suma liczb utwo­rzo­nych z kolej­nych cyfr dzie­sięt­nych (od naj­więk­szej do naj­mniej­szej) licz­ba Bestii wyra­ża się na jeden i tyl­ko jeden sposób.

9 + 87 + 6 + 543 + 21 + 0 = 666.

***

Kom­po­zy­tor­skie fatum

Dzie­wiąt­ka uwa­ża­na jest, zwłasz­cza przez kom­po­zy­to­rów, za „pecho­no­śną” licz­bę. Mówi się nawet o klą­twie dzie­wią­tej sym­fo­nii. Dla wie­lu wiel­kich mistrzów muzy­ki kla­sycz­nej, sta­no­wią­cych crѐme de la crѐme tego gatun­ku, dzie­wią­ta sym­fo­nia oka­za­ła się być ich ostat­nim dziełem.

Ludwig van Beetho­ven (1770–1827) – nie­miec­ki kom­po­zy­tor. W gło­so­wa­niu dyry­gen­tów (prze­pro­wa­dzo­nym przez BBC Music Maga­zi­ne w 2016 roku) na naj­więk­sze sym­fo­nie wszech cza­sów pierw­sze dwa miej­sca na podium zaję­ły jego sym­fo­nie III „Ero­ica” oraz IX i ostat­nia zara­zem, któ­rej kan­ta­ta fina­ło­wa, zna­na powszech­nie jako Oda do rado­ści, sta­ła się ofi­cjal­nym hym­nem Unii Europejskiej;

Franz Schu­bert (1797–1828) – austriac­ki kom­po­zy­tor roman­tycz­ny, kry­tyk muzycz­ny, któ­ry o Cho­pi­nie napi­sał słyn­ne zda­nie „Pano­wie, czap­ki z głów, oto geniusz”. Orga­ni­za­tor słyn­nych szu­ber­tiad (wie­czor­ków muzycz­nych w kawiar­niach i domach przyjaciół);

Anton Bruck­ner (1824–1896) – kom­po­zy­tor austriac­ki, któ­ry – chcąc oszu­kać dzie­wiąt­ko­we fatum – stwo­rzył aż „jede­na­ście” sym­fo­nii, ale pierw­szej nie nume­ro­wał, dru­giej nadał numer zero­wy, a numer dzie­wią­ty opu­ścił. Nie pomo­gło. „Jede­na­sta” oka­za­ła się być jego ostat­nią, bo wkrót­ce dopa­dło go dzie­wiąt­ko­we przeznaczenie;

Anto­nin Dvo­řak (1841–1904) – kom­po­zy­tor i dyry­gent, gwiaz­dor cze­skiej muzy­ki naro­do­wej i zara­zem naj­bar­dziej zna­ny jako twór­ca minia­tur, zwa­nych humo­re­ska­mi; jego ostat­nią sym­fo­nią była Sym­pho­ny No 9 zaty­tu­ło­wa­na „From the New World” („Z Nowe­go Świata”);

Gustav Mah­ler (1860–1911) – austriac­ki sym­fo­nik, nota bene uczeń Anto­na Bruck­ne­ra. Jego​IX Sym­fo­nia, a więc ostat­nia, zaję­ła miej­sce tuż za podium na liście naj­więk­szych sym­fo­nii wszech cza­sów (według wspo­mnia­ne­go wyżej BBC Music Maga­zi­ne).

David Maslan­ka (1943 – 2017) – ame­ry­kań­ski kom­po­zy­tor o pol­skich korze­niach. Maslan­ka naj­bar­dziej zna­ny był ze swo­ich kom­po­zy­cji na orkie­strę dętą, wyko­ny­wa­nych w salch kon­cer­to­wych całe­go świa­ta. Nie­ste­ty jego dzie­sią­tą sym­fo­nię dokoń­czył już syn Mathew Maslanka.

I tym pol­skim akcen­tem koń­czy­my listę sym­fo­nicz­nych pechow­ców z zastrze­że­niem, że nie jest ona pełna.

***

Prze­klę­ty Klub 27

W krę­gach muzy­ki typu blu­es, rock i R&B paskud­ną sła­wę ma „Klub 27”. Ten feral­ny klub pochło­nął wie­lu gigan­tów w wie­ku 27 lat (stąd nazwa klu­bu). Lista „klu­bo­wi­czów” liczy już ok. 50 nazwisk. Wymień­my tyl­ko nie­któ­rych naj­więk­szych z wiel­kich, iko­ny muzy­ki, któ­rzy sta­no­wią tzw. tra­gicz­ną wiel­ką szóstkę:

Wszy­scy oni sta­li się iko­na­mi świa­to­wej muzy­ki; mimo krót­kie­go życia zro­bi­li dużo wię­cej niż tyl­ko two­rze­nie i wyko­na­nie nie­za­po­mnia­nych utwo­rów; oni wyra­ża­li idee i emo­cje, któ­re podzie­la­li inni, zara­zem prze­obra­ża­li muzy­kę i inspirowali.

O „Klu­bie 27” zaczę­ło robić się gło­śno, kie­dy z tego świa­ta odszedł Kurt Coba­in, ducho­wy przy­wód­ca gene­ra­cji X (nasto­lat­ków z lat 90-tych, wąt­pią­cych w sens ist­nie­nia). Jego mat­ka w wywia­dzie dla dzien­ni­ka The Daily World powie­dzia­ła: „Już go nie ma i dołą­czył do tego głu­pie­go klu­bu. Mówi­łam mu, żeby do nie­go nie dołą­czał.” Odtąd nazwa „Klub 27” zaczę­ła żyć wła­snym nie­za­leż­nym życiem.

Zain­te­re­so­wa­nie okre­śle­niem „Klub 27” spo­tę­go­wa­ło się w 2011 roku, kie­dy publicz­ność poże­gna­ła (i ze sce­ny, i z tego świa­ta) Amy Wine­ho­use, bry­tyj­ską pio­sen­kar­kę, kom­po­zy­tor­kę i autor­kę tek­stów. Nad­mień­my, że nie­co wcze­śniej artyst­ka wyzna­ła w wywia­dzie, że – nomen omen – boi się umrzeć w tym wie­ku. Media wyko­rzy­sta­ły jej wypo­wiedź i ponu­ra sła­wa prze­klę­te­go klu­bu cią­gle się zwięk­sza­ła, a wraz z nią rosły też spe­ku­la­cje na jego temat.

„27 Club” mural w New York (Riving­ton Stre­et) autor­stwa bra­zy­lij­skie­go arty­sty Edu­ar­do Kobry powstał w 2018 roku;
od lewej: Janis Joplin, Kurt Coba­in, Jim Mor­ri­son, Jimi Hen­drix i Amy Wine­ho­use (podob­ny mural arty­sta nama­lo­wał w Sao Paulo)

*

Orga­ni­za­cja zdro­wia psy­chicz­ne­go Over The Brid­ge z Toron­to w Kana­dzie stwo­rzy­ła w 2021 roku kom­pi­la­cję zawie­ra­ją­cą utwo­ry „napi­sa­ne” dzię­ki sztucz­nej inte­li­gen­cji w sty­lu muzy­ków, któ­rzy „zga­śli” w wie­ku 27 lat. Skła­dan­ka The Lost Tapes Of The 27 Club (Zagi­nio­ne taśmy klu­bu 27) zawie­ra czte­ry utwo­ry: „Drow­ned in the Sun” (Nirva­na z Kur­tem Coba­inem), “Man, I Know” (Amy Wine­ho­use), “You’re Gon­na Kill Me” (Jim­my Hen­drix), “The Roads Are Ali­ve” (The Doors z Jimem Morrisonem).

Pro­jekt ten nie był li tyl­ko czczą zaba­wą i jego auto­rzy ape­lo­wa­li: „Aby poka­zać, co zosta­ło utra­co­ne w wyni­ku kry­zy­su zdro­wia psy­chicz­ne­go, uży­li­śmy sztucz­nej inte­li­gen­cji do powsta­nia nowych utwo­rów, któ­rych legen­dar­ni arty­ści z Klu­bu 27 nigdy już nie stwo­rzą. Poprzez ten album zachę­ca­my twór­ców z bran­ży muzycz­nej do tego, by szu­ka­li potrzeb­ne­go im wspar­cia, gdy mają pro­ble­my psy­chicz­ne, aby mogli dalej two­rzyć muzy­kę. Sztucz­na inte­li­gen­cja nigdy nie zastą­pi bowiem praw­dzi­we­go artysty”.

Album moż­na wysłu­chać na ser­wi­sie inter­ne­to­wym YouTube.

*

W 2020 roku Jean-Claude Haupt­mann, fran­cu­ski kom­po­zy­tor i dyry­gent, wzno­wił w Pol­sce muzy­kę Klu­bu 27, aran­żu­jąc utwo­ry arty­stów tego Klu­bu na język orkie­stry sym­fo­nicz­nej Artis Sym­pho­ny Orche­stra (z sie­dzi­bą w Ustro­niu), odsła­nia­jąc nowe pokła­dy pięk­na. Tak powstał pro­jekt pod nazwą „Klub 27 Sym­fo­nicz­nie” i dwa­na­ście kon­cer­tów przy peł­nej publicz­no­ści w takich mia­stach jak Wro­cław, Kato­wi­ce, War­sza­wa, Szcze­cin, Kra­ków, Gdańsk.

Kon­cer­ty „Klu­bu 27 Sym­fo­nicz­nie” prze­no­szą publicz­ność w magię świa­ta arty­stów, któ­rzy, mimo zej­ścia z docze­sne­go świa­ta w wie­ku zale­d­wie 27 lat, zosta­wi­li trwa­łe śla­dy w histo­rii muzyki.

Pod­czas kon­cer­tów, niczym w muzycz­nym wehi­ku­le cza­su, publicz­ność korzy­sta z moż­li­wo­ści, aby jesz­cze raz posłu­chać wyjąt­ko­wo pięk­nych kom­po­zy­cji, takich jak „Pie­ce Of My Heart” (Janis Joplin, iko­na popkul­tu­ry, zwa­na Per­łą), „Smells Like Teen Spi­rit” (Kurt Coba­in) czy „Back to Black” (Amy Wine­ho­use). Pro­jekt „Klub 27 Sym­fo­nicz­nie” nie­ja­ko sca­lił świat muzy­ki roc­ko­wej i sym­fo­nicz­nej, two­rząc jedy­ne w swo­im rodza­ju pięk­ne prze­ży­cie dla miło­śni­ków dobrej muzy­ki, bo – jak pisał angiel­ski poeta John Keats, nazy­wa­ny w Anglii poetą poetów – “A thing of beau­ty is a joy fore­ver” (Pięk­na rzecz jest rado­ścią na zawsze), a mówiąc kró­cej: pięk­no nie umie­ra nigdy.

Jak świat dłu­gi i sze­ro­ki odby­wa­ją się róż­ne kon­cer­ty i orga­ni­zo­wa­ne są pro­jek­ty zwią­za­ne z arty­sta­mi, któ­rzy zosta­li pośmiert­nie dołą­cze­ni do Klu­bu 27. Bo wszy­scy zapi­sa­li się zło­ty­mi nuta­mi na kar­tach muzycz­nej histo­rii świa­ta, jako twór­cy kul­to­wych i ponad­cza­so­wych utwo­rów, któ­re wywar­ły olbrzy­mi wpływ na muzy­kę. Wszy­scy o wiel­kim talen­cie i olbrzy­miej wraż­li­wo­ści (stąd pro­jekt orga­ni­za­cji Over the Brid­ge The Lost Tapes Of The 27 Club). Wszy­scy oni dali świa­tu nie­zwy­kłą muzycz­ną spu­ści­znę i nadal inspi­ru­ją kolej­nych artystów.

*

Oby więc sym­fo­nicz­ne dzie­wiąt­ko­we fatum prze­sta­ło już egzy­sto­wać i kom­po­zy­to­rzy, nie oba­wia­jąc się klą­twy dzie­wią­tej sym­fo­nii, spo­koj­nie two­rzy­li dalej dzie­sią­tą sym­fo­nię, jede­na­stą, dwunastą, …

I oby ten prze­klę­ty Klub 27 już nigdy wię­cej się nie roz­sze­rzał o nowych klu­bo­wi­czów. Niech zamknie się na czte­ry spu­sty na wieki.

A co z prze­są­da­mi zwią­za­ny­mi z licz­bą 666? Mają się dobrze. Oto przy­kład z Pol­ski opi­sy­wa­ny w bry­tyj­skim The Guar­dian w 2023 roku w arty­ku­le zaty­tu­ło­wa­nym „Nie dla linii 666 na Hel. Pol­ska linia auto­bu­so­wa porzu­ca »dia­bel­ski« numer po pro­te­stach chrześcijan”.

„Auto­bus na Hel od daw­na cie­szy się popu­lar­no­ścią wśród tury­stów. Ale nie­któ­rzy chrze­ści­jań­scy kon­ser­wa­ty­ści pro­te­sto­wa­li prze­ciw­ko uży­wa­niu nume­ru ozna­cza­ją­ce­go dia­bła w auto­bu­sie jadą­cym do miej­sca, któ­re po angiel­sku brzmi jak pie­kło” – pisa­ła Lisa O’Car­roll. Być może wybór licz­by 666 jako nume­ru linii auto­bu­so­wej (na tra­sie Dęb­ki – Hel) auto­rzy pro­te­stów prze­ciw­ko pro­mo­wa­niu »dia­bel­skich« żar­tów (na temat podró­ży auto­bu­sem) trak­to­wa­li jako dzia­ła­nie pro­wo­ka­cyj­ne (w ich opi­nii słu­żą­ce bana­li­za­cji tema­tu śmierci).

„Lokal­ne media poda­ły, że fir­ma auto­bu­so­wa dzia­ła­ła pod pre­sją grup chrze­ści­jań­skich, któ­re naci­ska­ły na zmia­nę” — podał The Guar­dian. Gdyń­ski prze­woź­nik zmie­nił wów­czas nazwę linii na 669 i taka funk­cjo­nu­je do chwi­li obec­niej. O „dia­bel­skiej afe­rze” infor­mo­wa­li rów­nież New York Post, Le Mon­de, BBC, The Inde­pen­dent i inne media. Ich donie­sie­nia czę­sto zawie­ra­ły zna­mien­ne zda­nie „That’s all the­re is to it”, czy­li nic dodać, nic ująć!


Tade­usz Ostrowski
dr nauk matematycznych