Kie­dy‎ ‎byłem‎ ‎mały,‎ ‎zda­wa­ło‎ ‎mi‎ ‎się,‎ ‎że‎ ‎gdy­bym‎ ‎wszedł‎ ‎na‎ ‎dach‎ ‎nasze­go‎ ‎domu,‎ ‎mógł­bym się­gnąć‎ ‎ręką‎ ‎po‎ ‎Księ­życ.‎ ‎I‎ ‎oto‎ ‎pew­ne­go‎ ‎razu w‎ ‎księ­ży­co­wą‎ ‎‎noc‎ ‎wyj­rza­łem‎ ‎przez‎ ‎okien­ko na stry­chu,‎ ‎wycho­dzą­ce‎ ‎na‎ ‎dach. Myśla­łem,‎ ‎że‎ ‎natknę‎ ‎się‎ ‎nosem‎ ‎na‎ ‎Księ­życ. Ale‎ ‎gdzie‎ ‎tam!‎

—‎ ‎Jak‎ ‎widzę,‎ ‎chcia­łeś‎ ‎dostać‎ ‎ręką‎ ‎do‎ ‎Księ­ży­ca‎ ‎—‎ ‎rzekł‎ ‎śmie­jąc‎ ‎się‎ ‎star­szy‎ ‎brat.
—‎ ‎Gdy­bym‎ ‎mógł‎ ‎się‎ ‎wdra­pać‎ ‎na‎ ‎wie­żę miej­ską‎ ‎— odrze­kłem,‎ ‎—‎ ‎było­by‎ ‎zupeł­nie‎ ‎co innego.
—‎ ‎I‎ ‎wie­ża‎ ‎tu‎ ‎nie‎ ‎pomo­że‎ ‎—‎ ‎odpo­wie­dział brat.‎ ‎—‎ ‎Gdy­byś‎ ‎wie­dział,‎ ‎jak‎ ‎dale­ko‎ ‎jest‎ ‎do Księ­ży­ca,‎ ‎nie‎ ‎faty­go­wał­byś‎ ‎się‎ ‎nada­rem­nie.
—‎ ‎A‎ ‎czy‎ ‎ludzie‎ ‎wie­dzą,‎ ‎jak‎ ‎dale­ko‎ ‎jest‎ ‎do Księżyca‎‎?
—‎ ‎Wie­dzą.‎ ‎Odle­głość‎ ‎Zie­mi‎ ‎od‎ ‎Księ­ży­ca zosta­ła‎ ‎daw­no‎ ‎zmie­rzo­na.
—‎ ‎A‎ ‎jakim‎ ‎spo­so­bem‎ ‎zmie­rzo­no‎ ‎odle­głość?‎ ‎To‎ ‎chy­ba‎ ‎nie­moż­li­we!
—‎ ‎Owszem.‎ ‎Moż­na‎ ‎zmie­rzyć‎ ‎tę‎ ‎odle­głość.‎ ‎Jeże­li‎ ‎chcesz,‎ ‎jutro‎ ‎poka­żę ci,‎ ‎jak‎ ‎się‎ ‎to‎ ‎robi.

Następ­ne­go‎ ‎dnia‎ ‎rano‎ ‎brat‎ ‎zawo­łał‎ ‎na mnie‎ ‎i‎ ‎wyszli­śmy‎ ‎z‎ ‎domu.‎ ‎Prze­szedł­szy‎ ‎kil­ka uli­czek‎ ‎nasze­go‎ ‎mia­sta,‎ ‎weszli­śmy‎ ‎do‎ ‎ogro­du i‎ ‎sta­nę­li­śmy‎ ‎pod‎ ‎drze­wem,‎ ‎na‎ ‎któ­rem‎ ‎wid­nia­ło‎ ‎gniaz­do‎ ‎bocia­nie.
—‎ ‎Czy‎ ‎mógł­byś‎ ‎wymie­rzyć‎ ‎—‎ ‎zapy­tał brat‎ ‎—‎ ‎odle­głość‎ ‎od‎ ‎zie­mi‎ ‎do‎ ‎gniaz­da?
—‎ ‎Gdy­bym‎ ‎wlazł‎ ‎na‎ ‎drze­wo‎ ‎i‎ ‎opu­ścił‎ ‎z gniaz­da‎ ‎na‎ ‎zie­mię‎ ‎sznu­rek…
—‎ ‎A‎ ‎gdy­byś‎ ‎—‎ ‎prze­rwał‎ ‎brat‎ ‎—‎ ‎nie‎ ‎wlazł na‎ ‎drze­wo‎ ‎i‎ ‎nie‎ ‎miał‎ ‎sznur­ka,‎ ‎a‎ ‎po pro­stu‎ ‎stał sobie‎ ‎tutaj‎ ‎gdzie‎ ‎sto­isz?
Pyta­nie‎ ‎to‎ ‎zdzi­wi­ło‎ ‎mnie.‎ ‎Zmie­rzyć‎ ‎wyso­kość‎ ‎przed­mio­tu‎ ‎nie‎ ‎doty­ka­jąc‎ ‎się‎ ‎go,‎ ‎wyda­ło‎ ‎mi‎ ‎się‎ ‎nie­po­do­bień­stwem.‎

‎A‎ ‎jed­nak‎ ‎brat pod­jął‎ ‎się‎ ‎tego.‎ ‎Wyjąw­szy‎ ‎z‎ ‎kie­sze­ni‎ ‎dwie kart­ki‎ ‎papie­ru i dwa ołów­ki,‎ ‎dał‎ ‎mi‎ ‎jed­ną‎ ‎z‎ ‎kar­tek i ołó­wek,‎ ‎i‎ ‎kazał mi‎ ‎zro­bić‎ ‎kil­ka‎ ‎kro­ków‎ ‎w‎ ‎lewo.‎ ‎Sam‎ ‎zaś, trzy­ma­jąc‎ ‎w‎ ‎ręku‎ ‎dru­gą‎ ‎kart­kę,‎ ‎odszedł‎ ‎o kil­ka‎ ‎kro­ków‎ ‎w‎ ‎pra­wo.‎ ‎Potem‎ ‎zgiął‎ ‎kola­no, aby‎ ‎zrów­nać‎ ‎się‎ ‎ze‎ ‎mną‎ ‎wzro­stem‎ ‎i‎ ‎przy­ło­żył‎ ‎do‎ ‎oka‎ ‎kart­kę,‎ ‎skie­ro­wa­ną‎ ‎na‎ ‎mnie.‎ ‎Zamknąw­szy‎ ‎jed­no‎ ‎oko,‎ ‎dru­gim‎ ‎patrzył‎ ‎na‎ ‎gniaz­do;‎ ‎wzrok‎ ‎jego‎ ‎śli­zgał‎ ‎się‎ ‎po‎ ‎kart­ce.‎ ‎W‎ ‎tym wła­śnie‎ ‎kie­run­ku‎ ‎nakre­ślił‎ ‎pro­stą‎ ‎linię.‎ ‎Sto­jąc‎ ‎z‎ ‎dru­giej‎ ‎stro­ny‎ ‎drze­wa,‎ ‎uczy­ni­łem‎ ‎to‎ ‎samo.
Potem‎ ‎brat‎ ‎wyjął‎ ‎z‎ ‎kie­sze­ni‎ ‎taśmę‎ ‎mier­ni­czą‎ ‎i‎ ‎wymie­rzył‎ ‎odle­głość‎ ‎mię­dzy‎ ‎miej­sca­mi, na‎ ‎któ­rych‎ ‎sta­li­śmy.
—‎ ‎Jede­na­ście‎ ‎metrów!‎ ‎—‎ ‎zawo­łał.‎ ‎—‎ ‎Może­my‎ ‎teraz‎ ‎wró­cić‎ ‎do‎ ‎domu.
—‎ ‎Do‎ ‎domu!‎ ‎—‎ ‎zawo­ła­łem‎ ‎roz­cza­ro­wa­ny,‎ ‎—‎ ‎a‎ ‎wszak‎ ‎obie­ca­łeś‎ ‎zmie­rzyć‎ ‎wyso­kość gniazda.
—‎ ‎Zmie­rzy­my‎ ‎w‎ ‎domu.‎ ‎Tutaj‎ ‎nie‎ ‎mamy już‎ ‎nic‎ ‎do‎ ‎robo­ty.
Wyda­ło‎ ‎mi‎ ‎się‎ ‎to‎ ‎dziw­ne.‎ ‎Jak‎ ‎moż­na‎ ‎w domu‎ ‎zmie­rzyć‎ ‎wyso­kość‎ ‎gniaz­da,‎ ‎uwi­te­go‎ ‎na drze­wie‎ ‎w‎ ‎ogro­dzie‎ ‎pod­miej­skim?

‎Tak‎ ‎brat‎ ‎zmie­rzył‎ ‎w‎ ‎domu‎ ‎wyso­kość‎ ‎gniaz­da.
Po‎ ‎powro­cie‎ ‎do‎ ‎domu‎ ‎brat‎ ‎wziął‎ ‎arkusz papie­ru‎ ‎i‎ ‎wykre­ślił‎ ‎na‎ ‎nim‎ ‎‎odci­nek‎ dłu­go­ści‎ ‎jede­na­stu‎ ‎cen­ty­me­trów.‎ ‎I do‎ ‎oby­dwu jego koń­ców‎ ‎przy­ło­żył‎ ‎nasze‎ ‎kart­ki. Przy­pa­try­wa­łem‎ ‎się‎ ‎temu‎ ‎w‎ ‎mil­cze­niu.‎ ‎Nie rozu­mia­łem,‎ ‎co‎ ‎ozna­cza­ją‎ ‎kolej­no ryso­wa­ne odcin­ki‎ ‎i‎ ‎zaczą­łem tra­cić‎ ‎nadzie­ję.
—‎ Spójrz ‎—‎ ‎powie­dział‎ ‎wresz­cie‎ ‎brat, wodząc‎ ‎pal­cem‎ ‎po‎ ‎papie­rze.‎ ‎—‎ ‎Dol­ny odci­nek ma‎ ‎jede­na­ście‎ ‎cen­ty­me­trów.‎ ‎Jest‎ ‎to‎ ‎odle­głość od‎ ‎mego‎ ‎oka‎ ‎do‎ ‎twe­go,‎ ‎kie­dy‎ ‎sta­li­śmy‎ ‎pod drze­wem.‎ ‎Wła­ści­wie‎ ‎zmniej­szy­łem‎ ‎ją:‎ ‎jest‎ ‎tu tyle‎ ‎cen­ty­me­trów,‎ ‎ile‎ ‎tam‎ ‎było‎ ‎metrów.‎ ‎Bocz­ne‎ ‎odcin­ki‎ ‎wyzna­cza­ją‎ ‎kie­run­ki‎ ‎nasze­go‎ ‎wzro­ku,‎ ‎gdy patrzy­li­śmy‎ ‎na‎ ‎gniaz­do.‎ ‎Leży‎ ‎ono‎ ‎w‎ ‎punk­cie ich‎ ‎prze­cię­cia. Dłu­gość‎ ‎pio­no­we­go‎ ‎rów­na‎ ‎się‎ ‎wyso­ko­ści gniaz­da,‎ ‎lecz‎ ‎nie‎ ‎nad‎ ‎zie­mią,‎ ‎a‎ ‎nad‎ ‎pozio­mem naszych‎ ‎oczu.‎ ‎Ile‎ ‎cen­ty­me­trów‎ ‎ma‎ ten odci­nek, o‎ ‎tyle‎ ‎metrów‎ ‎nad‎ ‎pozio­mem‎ ‎naszych‎ ‎oczu leży‎ ‎gniaz­do.‎ ‎Jeże­li‎ ‎do‎ ‎tej‎ ‎licz­by‎ ‎dodam‎ ‎‎twój‎ ‎wzrost,‎ ‎otrzy­ma­my‎ ‎odle­głość gniaz­da‎ ‎od‎ ‎zie­mi.‎ ‎Zro­zu­mia­łeś?
—‎ ‎To‎ ‎jest‎ ‎zupeł­nie‎ ‎pro­ste.
—‎ ‎Domy­ślasz‎ ‎się‎ ‎teraz‎ ‎zapew­ne,‎ ‎jakim spo­so­bem‎ ‎ucze­ni‎ ‎zmie­rzy­li‎ ‎odle­głość‎ ‎do‎ ‎Księ­ży­ca,‎ ‎choć‎ ‎tam‎ ‎nigdy‎ ‎nie‎ ‎byli.
—‎ ‎Tak.‎ ‎Praw­do­po­dob­nie‎ ‎dwaj‎ ‎ucze­ni‎ ‎patrzy­li‎ ‎na‎ ‎Księ­życ‎ ‎z‎ ‎róż­nych‎ ‎punk­tów,‎ ‎jak‎ ‎my na‎ ‎gniaz­do‎ ‎i‎ ‎nakre­śli­li‎ ‎kie­ru­nek.
—‎ ‎Owszem.‎ ‎Tyl­ko,‎ ‎że‎ ‎to‎ ‎było‎ ‎bez‎ ‎porów­na­nia‎ ‎trud­niej­sze.‎ ‎Odle­głość‎ ‎mię­dzy‎ ‎punk­ta­mi,‎ ‎gdzie‎ ‎sta­li‎ ‎ucze­ni,‎ ‎wyno­si­ła‎ ‎nie‎ ‎jede­na­ście‎ ‎metrów,‎ lecz‎ ‎kil­ka‎ ‎tysię­cy‎ ‎kilo­me­trów. Kie­ru­nek‎ ‎zaś‎ ‎wymie­rza­li‎ ‎naj­do­kład­niej­szy­mi przy­rzą­da­mi,‎ ‎a‎ ‎nie‎ ‎kre­śli­li‎ ‎ołów­kiem‎ ‎na kart­ce,‎ ‎jak‎ ‎my.‎ ‎To‎ ‎też‎ ‎obli­cze­nia‎ ‎ich‎ ‎dały ści­sły‎ ‎wynik.
—‎ ‎Jaki?‎ ‎Jak‎ ‎dale­ko‎ ‎jest‎ ‎do‎ ‎Księ­ży­ca?
—‎ ‎Bar­dzo‎ ‎dale­ko!‎ ‎Czte­ry­sta‎ ‎tysię­cy‎ ‎kilo­me­trów.‎ ‎Jak‎ ‎ci‎ ‎zapew­ne‎ ‎wia­do­mo,‎ ‎z‎ ‎War­sza­wy‎ ‎do‎ ‎Kra­ko­wa‎ ‎jest‎ ‎350‎ ‎kilo­me­trów;‎ ‎do‎ ‎Księ­ży­ca‎ ‎czte­ry­sta‎ ‎tysię­cy,‎ ‎czy­li‎ ‎bli­sko‎ ‎1150 razy‎ ‎wię­cej.‎ ‎Czy‎ ‎jesz­cze‎ ‎wybie­rasz się‎ ‎na‎ ‎wie­żę,‎ ‎aby‎ ‎z bli­ska‎ ‎spoj­rzeć‎ ‎na‎ ‎Księ­życ?
Roze­śmia­łem‎ ‎się.
—‎ ‎Jeśli‎ ‎Księ­życ‎ ‎jest‎ ‎tak‎ ‎dale­ko‎ ‎od‎ Zie­mi‎ ‎—‎ ‎ode­zwa­łem‎ ‎się‎ ‎—‎ ‎to‎ ‎na pew­no‎ ‎jest‎ ‎znacz­nie‎ ‎więk­szy‎ ‎niż‎ ‎się‎ ‎wyda­je.
—‎ ‎A‎ ‎jakim‎ ‎ci‎ ‎się‎ ‎wyda­je?
—‎ ‎Jak‎ ‎duży‎ ‎talerz.
—‎ ‎Talerz?‎ ‎Hm…‎ ‎Dziś‎ ‎wie­czo­rem‎ ‎poga­da­my‎ ‎o‎ ‎wiel­ko­ści‎ ‎tego‎ ‎tale­rza.

Frag­ment książ­ki I. Pearl­ma­na (Perel­ma­na) pt. Rakie­tą na Księ­życ w prze­kła­dzie Hele­ny ‎Wina­we­ro­wej (1936 r.)