Począ­tek
Od zawsze byłem nie­śmia­ły. W towa­rzy­stwie dziew­czyn czu­łem się zupeł­nie zagubiony.
Pamię­tam ten dzień, kie­dy zebra­łem się na odwa­gę. Byłem wte­dy w szó­stej kla­sie – chu­dy, prze­ro­śnię­ty, z wiecz­nie za duży­mi dłoń­mi i noga­mi. Nie wie­dzia­łem, gdzie się scho­wać, żeby tego nie było widać. Sta­łem przy szaf­kach na szkol­nym kory­ta­rzu. Ser­ce wali­ło mi jak młot, a w gło­wie dud­ni­ło jed­no pyta­nie: „Powie­dzieć jej teraz czy poczekać?”.

Kory­tarz pach­niał kre­dą i mokry­mi kurt­ka­mi. Dzwo­nek już daw­no ucichł, więc było pusto – tyl­ko echo kro­ków odbi­ja­ło się od ścian. I wte­dy ona poja­wi­ła się w polu widze­nia. Kami­la. Dziew­czy­na o dłu­gich, kru­czo­czar­nych wło­sach, któ­re zawsze wyglą­da­ły, jak­by wła­śnie wyszła z rekla­my szam­po­nu. Szła powo­li, z książ­ką przy­ci­śnię­tą do pier­si, a ja czu­łem, że jeśli teraz nie spró­bu­ję, to już nigdy.

– Kami­la, może… może poszła­byś ze mną w sobo­tę na film? – zapy­ta­łem, sta­ra­jąc się brzmieć natu­ral­nie, choć głos mi zadrżał.

Spoj­rza­ła na mnie z lek­kim uśmie­chem, takim, któ­ry mógł­by sto­pić lód na War­cie w środ­ku zimy. Ale zaraz pokrę­ci­ła głową.

– Przy­kro mi, Jędrek. Teraz przy­go­to­wu­ję się do KOALI. To dla mnie ważne.

Nie mia­łem poję­cia, co to KOALA. Brzmia­ło jak nazwa jakie­goś zwie­rząt­ka z Austra­lii, a nie powód do odrzu­ce­nia zaproszenia.

– A… aha – wyją­ka­łem, czu­jąc, jak policz­ki pło­ną mi żywym ogniem.

Odwró­ci­łem się na pię­cie i ruszy­łem w stro­nę kla­sy. Każ­dy krok brzmiał jak wer­bel ogła­sza­ją­cy moją poraż­kę. Ale w gło­wie już kieł­ko­wał plan. Nie wie­dzia­łem, czym jest KOALA, ale wie­dzia­łem jed­no: jeśli to coś, co zaj­mu­je Kami­lę bar­dziej niż kino, to muszę się dowiedzieć.

Wie­czo­rem usia­dłem przy kom­pu­te­rze i wpi­sa­łem w wyszu­ki­war­kę: „KOALA Poznań”. Po chwi­li wszyst­ko było już jasne – otwo­rzy­ła się stro­na dru­ży­no­we­go kon­kur­su mate­ma­tycz­ne­go. „Kon­kurs doty­czy algo­ryt­mi­ki i mate­ma­ty­ki dys­kret­nej, któ­re są klu­czem do tech­no­lo­gii XXI wie­ku” – prze­czy­ta­łem na głos. Dalej było o dru­ży­nach, logi­ce, zada­niach. I wte­dy mnie olśni­ło: „Prze­cież ja lubię roz­wią­zy­wać wszel­kie zagad­ki!”. To była szan­sa. Nie tyl­ko na przy­go­dę, ale i na zbli­że­nie się do Kamili.

Następ­ne­go dnia dowie­dzia­łem się, że dru­ży­na, w któ­rej była Kami­la, skła­da­ła się tyl­ko z trzech osób. Zebra­łem się na odwa­gę i pod­sze­dłem do ich kapi­ta­na – wyso­kie­go chło­pa­ka z iro­nicz­nym uśmie­chem, któ­re­go wszy­scy nazy­wa­li „Tygry­sem”.

– Chciał­bym brać udział w kon­kur­sie KOALA. Przyj­mie­cie mnie na czwar­te­go? – zapytałem.

– A znasz się na tym, czy tyl­ko Kami­la ci się spodo­ba­ła? – rzu­cił, a ja cały spurpurowiałem.

– Uwiel­biam roz­wią­zy­wać zagad­ki logicz­ne – zapew­ni­łem solennie.

– To roz­wiąż takie zada­nie: „Pewien król chciał poka­zać, jaki jest łaska­wy, i zadał ska­zań­co­wi pyta­nie, na któ­re popraw­na odpo­wiedź dała­by mu wol­ność: w któ­rej ręce trzy­mam mone­tę? Ska­za­niec jed­nak wie­dział, że w żad­nej ręce nie ma mone­ty. Jak ma więc posta­wić pyta­nie, by rato­wać skórę?”.

– Pozwól, że się zastanowię.

– Spo­ko.

– Odpo­wiedź brzmi: „Trzy­masz kró­lu mone­tę w pra­wej dło­ni, lecz pokaż mi lewą byśmy stwier­dzi­li, że jest pusta”.

– Zga­dza się – powie­dział kapi­tan i poda­jąc mi rękę, dodał. – Witaj w dru­ży­nie „Kom­bi­na­to­rycz­nych tygrysów”

Pierw­szy etap
W stycz­niu za oknem był śnieg, a ja sie­dzia­łem nad zada­niem o poma­rań­czach. Nie szło mi. Czu­łem, że zwa­riu­ję jeśli go nie rozwiążę.

– Spró­bu­ję „od koń­ca’’ – mruk­ną­łem do sie­bie, jak­bym chciał prze­ko­nać wła­sny mózg, że to dobry pomysł.

Kie­dy wresz­cie uda­ło mi się roz­plą­tać zagad­kę, poczu­łem przy­pływ trium­fu. Wysła­łem roz­wią­za­nie dru­ży­nie. Kil­ka minut póź­niej na ekra­nie poja­wi­ła się wiadomość:

– Świet­nie, Jędrek! – napi­sa­ła Kami­la na czacie.

Ser­ce mi zabi­ło szyb­ciej. To jed­no zda­nie wystar­czy­ło, żeby cały trud nagle nabrał sensu.
Nie wszyst­kie zada­nia poszły tak dobrze. Jed­no roz­wią­za­nie oka­za­ło się błęd­ne. Na kolej­nym spo­tka­niu onli­ne, kie­dy wszy­scy sie­dzie­li­śmy przed kame­ra­mi, nie wytrzymałem:

– Gdy­by­ście dali mi je do spraw­dze­nia, zna­la­zł­bym błąd – powie­dzia­łem, sta­ra­jąc się, by brzmia­ło to spo­koj­nie, choć w środ­ku buzo­wa­ło we mnie rozczarowanie.
Kapi­tan uniósł brew, a Kami­la wes­tchnę­ła. – Nie dra­ma­ty­zuj – odpar­ła. – Wciąż mamy szansę.

Zamil­kłem, ale w duchu obie­ca­łem sobie, że następ­nym razem będę czujny.

Kry­zys
Dru­ga seria zadań oka­za­ła się trud­niej­sza. Sie­dzie­li­śmy w biblio­te­ce szkol­nej, oto­cze­ni ciszą i zapa­chem sta­rych ksią­żek. Kami­la pode­szła do mnie z kart­ką, na któ­rej wid­nia­ło zada­nie peł­ne sym­bo­li i ułamków.

– Nie mogę ruszyć tego zada­nia. Pomo­żesz? – zapy­ta­ła, a jej głos brzmiał nie­co bezradnie.

Ser­ce mi przy­spie­szy­ło. To była chwi­la, na któ­rą cze­ka­łem. Zada­nie doty­czy­ło takie­go uło­że­nia pły­tek zada­ne­go kształ­tu by wypeł­ni­ły całą podłogę.

– Jasne. Zobacz – tu trze­ba roz­pa­trzyć dwa przy­pad­ki. Wte­dy wszyst­ko się zgadza.

Pochy­li­ła się nade mną, a jej wło­sy musnę­ły moją rękę. – Dzię­ki! Bez cie­bie bym nie dała rady – powie­dzia­ła z uśmiechem.

Czu­łem, że uno­szę się nad ziemią.

Ale nie wszyst­ko poszło gład­ko. Jed­no z zadań pozo­sta­ło nie­roz­wią­za­ne. Kapi­tan, któ­ry zwy­kle trzy­mał ner­wy na wodzy, tym razem wybuchł.

– To two­ja odpo­wie­dzial­ność, Marek! Jak mogłeś to zawa­lić?! – ude­rzył dło­nią w stół.

Marek, dotąd spo­koj­ny, zerwał się gwał­tow­nie. – Mam dość! Nie gram z wami! – rzu­cił i wyszedł, trza­ska­jąc drzwia­mi tak moc­no, że echo roz­nio­sło się po całej bibliotece.

Zosta­li­śmy we trój­kę. Atmos­fe­ra była cięż­ka, ale wie­dzie­li­śmy, że musi­my wal­czyć dalej.

– Musi­my dać radę – powie­dzia­ła Kami­la, patrząc na mnie i kapitana.

– Tygry­sy wal­czą do koń­ca – odpo­wie­dzia­łem, sta­ra­jąc się dodać nam odwagi.
W trze­ciej serii dali­śmy radę roz­wią­zać wszyst­kie zada­nia tyl­ko nie wia­do­mo było, czy dobrze, i czy wystar­czy punk­tów na dru­gi etap.

– Może pocze­ka­my na wyni­ki razem? – rzu­cił kapitan.

– Spo­tkaj­my się w Macu przy Het­mań­skiej – zapro­po­no­wa­łem na to, co zosta­ło przyjęte.
Sie­dzie­li­śmy więc we trój­kę, a nasze lap­to­py prze­cią­ża­ły sieć loka­lu cią­głym odświe­ża­niem stro­ny kon­kur­su. Popi­ja­li­śmy Coca-colą mając z ner­wów mniej ocho­ty na jedzenie.

– Ostat­nio tak się dener­wo­wa­łam zda­jąc na kar­tę rowerową.

– A ja na Ingli­szu, kie­dy mia­łem ostat­nią szan­sę na skoń­cze­nie pią­tej kla­sy bez popraw­ki – dodał kapitan.

– Ja nie­ste­ty prze­gra­łem cze­ka­jąc na wyzdro­wie­nie dziad­ka – powie­dzia­łem smutno.

– Cicho! Są wyni­ki! – nagle wykrzyk­nął kapi­tan – Mamy kom­plet punk­tów w ostat­niej serii i … awans do dru­gie­go etapu.

– Grat­ki kapi­ta­nie! – wykrzyk­nę­ła Kamila.

– Grat­ki drużyno!

Kil­ka dni póź­niej Marek wró­cił skru­szo­ny. Spo­tka­li­śmy się w szkol­nej sto­łów­ce, gdzie pach­nia­ło zupą pomi­do­ro­wą i świe­ży­mi bułkami.

– Prze­pra­szam – powie­dział cicho, nie patrząc nam w oczy. – Mogę znów być w drużynie?

Kami­la uśmiech­nę­ła się łagod­nie. – Jasne. Każ­dy ma pra­wo do słab­sze­go dnia.

Kapi­tan ski­nął gło­wą, a ja poczu­łem ulgę.

Liceum Potoc­kiej
Dru­gi etap odbył się w kwiet­niu, gdy wio­sna dopie­ro nie­śmia­ło zaglą­da­ła do Pozna­nia. Drze­wa przy uli­cy Trau­gut­ta obsy­pa­ły się zie­lo­nym puchem, a powie­trze pach­nia­ło świe­żo­ścią i kurzem sta­rych kamie­nic. Liceum im. Potoc­kiej, w któ­rym odby­wał się kon­kurs, wyglą­da­ło jak twier­dza wie­dzy – post­mo­der­ni­stycz­ny gmach z wiel­ki­mi okna­mi, odbi­ja­ją­cy­mi błę­kit­ne niebo.

Weszli­śmy do środ­ka w czte­ro­oso­bo­wym skła­dzie. Marek, choć wciąż tro­chę zawsty­dzo­ny po swo­im wcze­śniej­szym wybu­chu, sta­rał się trzy­mać gło­wę wyso­ko. Kapi­tan szedł przo­dem, jak gene­rał pro­wa­dzą­cy oddział. Kami­la szła obok mnie, a ja czu­łem, że ser­ce bije mi szyb­ciej niż zwykle.

W naszej sali cze­ka­ło dzie­sięć zadań. Na tabli­cy wypi­sa­no zasa­dy, a na sto­li­kach leża­ły pli­ki kar­tek. Cisza była nie­mal nama­cal­na – tyl­ko sze­lest papie­ru i skrzy­pie­nie krzeseł.

– Dzie­li­my się? – zapro­po­no­wa­łem, sta­ra­jąc się brzmieć pewnie.

– Ja bio­rę geo­me­trię – powie­dzia­ła Kami­la, od razu chwy­ta­jąc kart­kę z rysun­kiem peł­nym okrę­gów i stycznych.

– Ja teo­rię liczb – dodał Marek, jak­by chciał udo­wod­nić, że tym razem się nie zawiedziemy.
Kapi­tan ski­nął gło­wą. – Ja zaj­mę się kom­bi­na­to­ry­ką. Jędrek, ty weź resz­tę – zoba­czy­my, co ci podejdzie.

Pra­co­wa­li­śmy w sku­pie­niu. Czas pły­nął ina­czej – trzy godzi­ny minę­ły jak trzy kwa­dran­se. Ołów­ki stu­ka­ły o papier, ktoś co chwi­lę szep­tał: „Sprawdź jesz­cze raz”, „Tu jest błąd w rachun­kach”, „Spró­buj inną metodą”.

Po trzech godzi­nach mie­li­śmy dzie­więć roz­wią­zań. Dzie­sią­te zada­nie pozo­sta­ło tajem­ni­cą – jak­by spe­cjal­nie uło­żo­ne po to, by nikt nie mógł go rozgryźć.

Kil­ka dni póź­niej przy­szły wyni­ki. Sie­dzia­łem w domu, gdy na ekra­nie poja­wił się mail. Otwo­rzy­łem go drżą­cy­mi rękami.

– Wygra­li­śmy! Jeste­śmy w fina­le! – krzyk­ną­łem, aż mama wpa­dła do poko­ju, pyta­jąc, czy wszyst­ko w porząd­ku. Było. Bar­dziej niż kiedykolwiek.

Uni­wer­sy­tet
Każ­da dru­ży­na dosta­ła wła­sną salę. Na sto­le cze­kał stos zadań, a zegar na ścia­nie tykał nie­ubła­ga­nie. Roz­wią­za­li­śmy dzie­więć z dzie­się­ciu. Dzie­sią­te znów wymknę­ło się jak cień, ale nie pod­da­li­śmy się.

Potem zaczę­ły się spa­rin­gi – część, któ­rej naj­bar­dziej się bałem.

Prze­ciw­ni­cy „rzu­ci­li’’ nam zada­nie. Kami­la spoj­rza­ła na mnie i szep­nę­ła: – To two­je, Jędrek.

Wysze­dłem do tabli­cy. Ręce mi drża­ły, ale głos mia­łem pewny.

– Odpo­wiedź wyglą­da tak… – zaczą­łem, a potem krok po kro­ku przed­sta­wi­łem uza­sad­nie­nie. Każ­dy sym­bol, każ­dy wnio­sek ukła­dał się w logicz­ną całość.

Kie­dy skoń­czy­łem, w sali zapa­dła cisza. Sędzia ski­nął gło­wą. – Punkt dla Kom­bi­na­to­rycz­nych Tygrysów.

Ser­ce mi zabi­ło mocniej.
Teraz nasza kolej. – Daj­my im to trud­ne z geo­me­trii – zaproponowałem.

Kami­la wyszła do tabli­cy. Jej głos był spo­koj­ny, a ruchy pew­ne. Kre­śli­ła linie, ryso­wa­ła okrę­gi, a każ­de zda­nie wypo­wia­da­ne przez dziew­czy­nę brzmia­ło jak muzy­ka. Prze­ciw­ni­cy pró­bo­wa­li nadą­żyć, ale pole­gli nie dopa­trzyw­szy się żad­ne­go błę­du w rozu­mo­wa­niu Kamili.

W koń­cu dosta­li­śmy zada­nie, dla któ­re­go roz­wią­za­nia nie mie­li­śmy. Marek pobladł. – To koniec… – wyszep­tał. W tym momen­cie zagra­li­śmy va banque. – „odbi­li­śmy’’ zada­nie. Po chwi­li oka­za­ło się, że nasi prze­ciw­ni­cy też nie zna­li rozwiązania.

– Mecz dla Kom­bi­na­to­rycz­nych Tygry­sów! – ogło­sił sędzia.

Wybuch­nę­li­śmy rado­ścią. Kapi­tan uniósł ręce w geście zwy­cię­stwa, Kami­la przy­tu­li­ła się do mnie na moment, a Marek śmiał się gło­śno, jak­by chciał nad­ro­bić wszyst­kie swo­je wcze­śniej­sze błędy.

Epi­log
Kie­dy ogło­szo­no naszą wygra­ną, świat na chwi­lę zawi­ro­wał. Sala wypeł­ni­ła się okla­ska­mi, a ja mia­łem wra­że­nie, że dźwięk ten odbi­ja się od ścian i wra­ca do mnie jak echo speł­nio­ne­go marze­nia. Kapi­tan uśmie­chał się sze­ro­ko, Marek ści­skał wszyst­kich po kolei, a Kami­la… Kami­la spoj­rza­ła na mnie tak, jak­by­śmy od począt­ku byli dru­ży­ną nie tyl­ko w kon­kur­sie, ale i w życiu.

Po wszyst­kim wyszli­śmy na zewnątrz. Wie­czor­ne powie­trze było chłod­ne, czu­ło się zapach wio­sny i mokre­go asfal­tu po nie­daw­nym desz­czu. Świa­tła mia­sta odbi­ja­ły się w kału­żach, a ja czu­łem, że to jest ten moment. Zebra­łem się na odwa­gę. Ser­ce wali­ło mi jak wte­dy, przy szaf­kach na kory­ta­rzu, ale tym razem wie­dzia­łem, że nie mogę się wycofać.

– Kami­la… – zaczą­łem, a głos mi zadrżał. – To może teraz kino?

Spoj­rza­ła na mnie, a w jej oczach zatań­czy­ły iskier­ki. Uśmiech­nę­ła się sze­ro­ko, tak że aż poczu­łem cie­pło w środku.

– Teraz? – powtó­rzy­ła, jak­by chcia­ła się upew­nić. – Z przyjemnością.

Andrzej P. Urbański

Autor­ką rysun­ków jest Han­na Kuik, absol­went­ka V Liceum w Poznaniu.