
Logika, ta pozornie sztywna i poważna dama, ma w swojej historii więcej zwrotów akcji niż niejeden serial sensacyjny. W zamyśle greckich filozofów miała być spokojną nauką o poprawnym myśleniu i sztuce argumentacji. A wyszło jak zawsze.
Starożytność, czyli Arystoteles ustala reguły gry
Na początku był chaos. Ludzie myśleli, jak chcieli, co nie zawsze prowadziło do wyciągania sensownych wniosków. Filozofowie spierali się, czy coś jest, czy nie jest, i dlaczego nie można dwa razy wejść do tej samej rzeki, jak twierdził Heraklit z Efezu. I wtedy uczeń Platona, Arystoteles (384 – 322 p.n.e), uznał, że skoro ludzie i tak się kłócą, warto ustalić zasady prowadzenia takich sporów retorycznych. I zrobił porządek.

Wprowadził sylogizmy, czyli intelektualne domino umożliwiające wyciąganie logicznych wniosków. Jeśli wszystkie psy są ssakami, a Reksio jest psem, to… Reksio jest ssakiem. Sformułował też zasadę niesprzeczności, zgodnie z którą dwa zdania sprzeczne nie mogą być jednocześnie prawdziwe, oraz zasadę wyłączonego środka: albo zdanie jest prawdziwe, albo prawdziwe jest jego zaprzeczenie. Trzeciej możliwości nie ma.
To trochę jak ustalenie, że w grze nie można jednocześnie wygrać i przegrać – niby oczywiste, ale ktoś musiał to zapisać. Przez następne, mniej więcej, dwa tysiące lat wielu myślicieli uznawało, że to już koniec historii logiki.
Średniowiecze: logika jako sport
W średniowieczu logika trafiła na uniwersytety i zaczęła przypominać dyscyplinę olimpijską. Rozważano, czy Bóg może stworzyć kamień, którego sam nie podniesie, czy „nic” jest czymś, czy anioły zajmują miejsce w przestrzeni. Logika stała się siłownią dla mózgu, więc nikt nie był pewien, czy robi to dobrze. Logicy zajmowali się głównie tym, co oznaczają słowa, bo w świecie logiki średniowiecznej najgroźniejszym przeciwnikiem był źle użyty termin. Jednym z głównych bohaterów tej epoki był angielski logik, filozof i teolog William Ockham (ok. 1285 – 1349), który miał jedną prostą zasadę: nie mnożyć bytów ponad potrzebę. Ta zasada ekonomii myślenia, znana dziś jako „brzytwa Ockhama”, działała jak logiczny trymer: wszystko, co zbędne, lądowało na podłodze.
XIX wiek: przeróbka logiki na matematykę
W XIX wieku Angielski matematyk samouk George Boole (1815 – 1864) wpadł na pomysł, żeby spojrzeć na logikę jak na… algebrę. Wprowadził rachunek logiczny, w którym „prawda” i „fałsz” zaczęły zachowywać się trochę jak liczby. Dzięki temu można było zapisywać rozumowania za pomocą działań i symboli, a logika zaczęła przypominać nie tylko sztukę argumentacji, lecz także precyzyjny mechanizm.

Z tego sposobu myślenia wyrosła późniejsza algebra Boole’a, ważna dla informatyki, elektroniki cyfrowej i kryptografii. To na niej opierają się między innymi operacje logiczne znane dziś jako koniunkcja (AND), alternatywa (OR) i negacja (NOT), a także negacja koniunkcji (NAND), negacja alternatywy (NOR) oraz alternatywa wykluczająca (XOR). Był to moment, w którym logika przestała być wyłącznie domeną filozofów, a stała się narzędziem. Jak młotek. Tyle że do idei. Tym samym Boole położył jeden z fundamentów pod komputery, czyli urządzenia, które dziś liczą szybciej niż my, nawet jeśli nie mają pojęcia, co właściwie liczą i po co.
Niemiecki matematyk i logik Gottlob Frege (1848 – 1925) uznał, że osiągnięcia Boole’a to dopiero rozgrzewka. Chciał zbudować system, w którym cała matematyka da się wyprowadzić z zasad logiki, stając się tym samym jednym z liderów logicyzmu.

Do gry, obok słów, weszły symbole, zmienne i kwantyfikatory. A efekt był naprawdę rewolucyjny – powstała logika predykatów, czyli wyrażeń opisujących cechę przedmiotu lub relację między przedmiotami, które wraz z argumentami tworzą zdanie oznajmiające, prawdę lub fałsz.
XX wiek i dalej: Logiczne rewolty
Frege już prawie witał się z gąską, czyli świętował zwycięstwo, kiedy hrabia Bertrand Arthur Russell (1872 – 1970), nota bebe również jeden z czołowych przedstawicieli logicyzmu, napisał do niego list. Poinformował w nim, że znalazł sprzeczność w jego systemie. Tą sprzecznością był słynny paradoks Russella, dotyczący „zbioru wszystkich zbiorów, które nie zawierają samych siebie”. Russell ogłosił ten paradoks w 1901 roku. Zauważył, że jeśli rozważymy zbiór S = {X : X ∉ X}, czyli zbiór wszystkich takich zbiorów, które nie należą do samych siebie, natychmiast wpadamy w pułapkę. Czy S należy do samego siebie? Jeśli należy, to zgodnie z definicją nie powinien należeć. Jeśli nie należy, to zgodnie z definicją powinien należeć. Spostrzeżenie Russela oznacza, że z matematycznego punktu widzenia nie każda własność może określać zbiór.

Aby zobrazować ten problem, używa się często przykładu golibrody, dlatego paradoks Russella bywa popularnie nazywany antynomią lub paradoksem golibrody . Wyobraźmy sobie miasteczko, w którym golibroda goli jedynie tych mężczyzn, którzy nie golą się sami, to czy może golić sam siebie? Odpowiedź na to pytanie jest prosta: taki golibroda nie może istnieć. Jeśli golibroda ogoli się sam, łamie zasadę (bo goli kogoś, kto się goli). Jeśli się nie ogoli, też łamie zasadę (nie goli wszystkich, którzy się sami nie golą). A krócej, gdyby golił samego siebie, należałby do zbioru osób, które golą się same, nie mógłby więc siebie ogolić (tak czy inaczej, sprzeczność logiczna).
Paradoks Russella pokazał, że teoria zbiorów – dumna podstawa nowoczesnej matematyki – potrafi zaplątać się sama w sobie. Zbiór wszystkich zbiorów, które nie zawierają samych siebie, okazał się logiczną pułapką bez wyjścia. Matematycy zareagowali, jak zawsze: stworzyli więcej aksjomatów. To chyba jedyna nauka, w której odpowiedzią na problem bywa… więcej zasad.
*
Po tej logicznej katastrofie logicy zaczęli być ostrożniejsi, ale też stali się bardziej kreatywni. Kurt Gödel (1906 – 1978) udowodnił twierdzenie o niezupełności, zgodnie z którym w każdym systemie zawierającym liczby naturalne są twierdzenia, których nie da się w nim udowodnić. Czyli: zawsze będzie coś, czego się nie ogarnie – nawet matematycznie. To był moment, w którym logika spojrzała w lustro i stwierdziła z bólem, że nie jest taka doskonała, jak sądziła.
Alfred Tarski (1901 – 1983) – zwany księciem logików – uporządkował pojęcie prawdy Wprowadził pojęcie prawdy jako cechę zdań logicznych należącą do języka będącego językiem wyższego rzędu (metajęzyka), wobec języka, w jakim zdania te są wypowiadane. Krótko mówiąc: jeśli język zaczyna mówić sam o sobie, robi się niebezpiecznie ślisko, więc warto mieć drugi język, który będzie patrzył na niego z góry.
Alan Turing (1912 – 1954) pokazał z kolei granice obliczalności. Udowodnił, że istnieją problemy, których nie da się rozwiązać za pomocą żadnego algorytmu. Przy okazji zapoczątkował informatykę.

Wyobraźmy sobie świat, w którym wszystko jest czarno-białe: kawa jest albo dobra, albo kiepska; pogoda albo ładna, albo brzydka. To właśnie świat klasycznej logiki, tej wywodzącej się jeszcze od Arystotelesa, w której każde zdanie musi być prawdziwe albo fałszywe. Zero odcieni szarości.
Problem w tym, że rzeczywistość ma na ten temat inne zdanie. Logika przestała zatem pytać „czy zdanie jest prawdziwe”, ale także o to, co zrobić z sytuacjami niepewnymi, nieostrymi albo takimi, których jeszcze nie da się rozstrzygnąć. Zaczęła dociekać: „czy w ogóle da się to sprawdzić?”
Na przełomie XIX i XX wieku coraz wyraźniej było widać, że coś tu nie gra. Bo co począć ze zdaniem „On jest wysoki”. Czy to naprawdę tylko prawda albo fałsz? Czy istnieje komisja, która przyznaje ludziom status wysoki: TAK/NIE? A przecież nawet duży jest mały dla wyższego od siebie. I odwrotnie, także mały jest duży dla niższego od siebie. Swiat uparcie wymyka się systemowi „albo – albo”.
Na szczęście dla logiki pojawił się Jan Łukasiewicz (1878 – 1956), który zaproponował coś rewolucyjnego: logikę trójwartościową. Oprócz „prawdy” (1) i „fałszu” (0) wprowadził trzecią wartość, oznaczającą możliwość, nieokreśloność, trochę tak, trochę nie. To był moment, w którym logika przyznała, że życie jest skomplikowane. Zdania o przyszłości („jutro będzie padać”) nie muszą być ani prawdziwe, ani fałszywe. Mogą być… w zawieszeniu. Czyli coś pomiędzy „tak” i „nie” – stan, w którym większość ludzi funkcjonuje na co dzień.

Jednym z najbardziej znanych dokonań Łukasiewicza było stworzenie tzw. notacji polskiej, czyli sposobu zapisywania wyrażeń logicznych i arytmetycznych bez użycia nawiasów: . – znak wykonywanej operacji poprzedza operandy, tj. zmienne lub liczby). Dzięki temu komputery (które wtedy jeszcze nawet nie śniły o swoim istnieniu) dostały w przyszłości narzędzie idealne do przetwarzania danych – tzw. odwróconą notację polską (znak wykonywanej operacji następuje po operandach).
Jego idee przetrwały próbę czasu i miały ogromny wpływ na rozwój informatyki. Dzisiejsze języki programowania i algorytmy korzystają z koncepcji, które Łukasiewicz rozwijał dekady wcześniej.

Skoro mogą być trzy wartości, to czemu nie więcej? Logicy poszli dalej i zaczęli tworzyć systemy z czterema wartościami, pięcioma, a nawet nieskończoną liczbą wartości.
Logika rozmyta: prawda ma procenty
Największą karierę zrobiła koncepcja rozwinięta przez Lotfiego Zadeha (1921 – 2017), czyli logika rozmyta (ang. fuzzy logic). Tutaj prawda nie musi być binarna. Może mieć różne stopnie: 0,0, a więc totalny fałsz; 0,5 to inaczej na dwoje babka wróżyła, czyli pół na pół; 0,9 – prawie prawda (wiem, ale nie jestem pewien) I co najlepsze – to działa w praktyce! Logika rozmyta tkwi w pralkach (ile wody ma pobrać?), w klimatyzatorach (trochę chłodniej, ale nie zimno), w samochodach (systemy kontroli trakcji), systemach sterowania.

Wszystko to używa logiki rozmytej, żeby podejmować decyzje bardziej ludzkie, czyli takie, które czasem działają, a czasem… no cóż, próbowały. Logika rozmyta nie mówi, że wszystko jest względne i hulaj dusza. Ona po prostu przyznaje: świat jest nieprecyzyjny, język jest nieostry, ludzie nie działają jak kalkulatory i zamiast udawać, że jest inaczej, buduje system, który to uwzględnia.
Logika rozmyta opiera się na koncepcji tzw. zbiorów rozmytych. Brzmi groźnie, ale idea jest prosta: Zamiast pytać: „Czy ktoś jest wysoki?”, pytamy: „W jakim stopniu jest wysoki?”. Jedna osoba może należeć do zbioru osób wysokich w stopniu 0,3, inna w stopniu 0,8, a jeszcze inna w stopniu 1. Czyli coś może być trochę prawdziwe, w miarę prawdziwe, albo prawie na pewno prawdziwe – jak deklaracje noworoczne.
Logika rozmyta to moment, w którym matematyka przestaje mówić, , że mamy rację albo jej nie mamy. Ona twierdzi, że mamy rację… tak na jakieś 0,666, czyli robi coś, co dla wielu brzmi niepokojąco, bo rozmywa pojęcie prawdy. W klasycznej logice: „Zdanie jest prawdziwe albo fałszywe.” W logice rozmytej: „Zdanie może być prawdziwe w 67%”.
*
Współczesna logika „siedzi’’ więc w komputerach (algorytmy), językach programowania, sztucznej inteligencji. Powstały alternatywne logiki: rozmyte (w których coś może być „trochę prawdziwe”), modalne (badające to, co jest możliwe, konieczne albo niemożliwe itd.), czy paraniesprzeczne (parakonsystentne), gdzie sprzeczności nie rozwalają systemu – czyli spełniają marzenie każdego, kto kiedykolwiek miał rację i jej nie miał jednocześnie.
Zatem dziś logika to nie jedna dziedzina, lecz cała rodzina: logika klasyczna, nieklasyczna, rozmyta, modalna…. Krótko mówiąc, logika przestała być jedną świętą księgą, a stała się skrzynią narzędzi.
Powstaje pytanie: czy logika ma jeszcze sens? Odpowiedź jest prosta: oczywiście, że tak. Choć przeszła przez rewolucje, kryzysy i egzystencjalne załamania, nadal jest jednym z najważniejszych narzędzi myślenia. Po prostu nie jest już tak pewna siebie jak kiedyś. I może to dobrze.
Bo historia logiki to nie marsz ku doskonałości, tylko seria przewrotów: ktoś coś porządkuje, ktoś inny pokazuje, że to nie działa, a trzeci proponuje coś jeszcze dziwniejszego. I może właśnie o to chodzi. Logika nie jest po to, żeby mieć ostatnie słowo. Jest po to, żebyśmy wiedzieli, kiedy nasze pierwsze było bez sensu. Myślenie, czyli logika stosowana, nie jest czymś oczywistym. Trzeba je ciągle poprawiać, testować i czasem… całkowicie przebudować.
Tak więc każdy z wymienionych tu wielkich logików zrobił coś podobnego: zobaczył, że coś działa tak sobie, zaproponował lepszy sposób, a potem ktoś inny udowodnił, że to też działa tak sobie. I dzięki temu jesteśmy dziś trochę mądrzejsi. Albo przynajmniej bardziej świadomi, jak bardzo możemy się mylić – co, paradoksalnie, brzmi całkiem logiczne.

Warto też wspomnieć, że 14 stycznia obchodzony jest co roku World Logic Day, czyli Światowy Dzień Logiki. Data została wybrana przez UNESCO w 2019 roku nieprzypadkowo – upamiętnia dwóch wybitnych logików XX wieku, którzy zrewolucjonizowali tę dziedzinę. Tego dnia w 1901 roku urodził się Alfred Tarski, a tego dnia w 1978 roku zmarł Kurt Gödel. Światowy Dzień Logiki ma przypominać ludziom, jak ważne jest logiczne myślenie.

Wszak logika towarzyszy nam codziennie, choć często nawet tego nie zauważamy. Dzięki niej wiemy, że jeśli pada deszcz, to warto wziąć parasol. Pomaga też rozwiązywać problemy, prowadzić dyskusje i unikać błędów.
Logika pomaga odróżniać fakty od bzdur i podejmować rozsądne decyzje. Dzięki niej rozwija się nauka, technologia i codzienne życie. A kiedy świat wydaje się chaotyczny, logiczne myślenie działa trochę jak GPS dla mózgu – pomaga nie zgubić się wśród informacji, reklam i internetowych „ekspertów”.
Logika mieszka z nami na co dzień. Siedzi przy śniadaniu, jedzie autobusem, stoi w kolejce i obserwuje, jak próbujemy żyć rozsądnie. Nawet jeśli nie każdy zostanie logikiem, to dobrze czasem przypomnieć sobie prostą zasadę: jeśli pilot do telewizora nie działa, to najpierw sprawdza się baterie, a dopiero potem złorzeczy telewizorowi.
Tadeusz Ostrowski
dr nauk matematycznych
Załączone ilustracje logików są projektami autora wykonanymi przy pomocy AI (artificial intelligence).

