Odczyt dr. Otto­na Niko­dy­ma pt. Zna­cze­nie mate­ma­ty­ki czy­stej dla spo­łe­czeń­stwa był wygło­szo­ny w Auli Uni­wer­sy­te­tu Poznań­skie­go w dniu 27 wrze­śnia 1929 r., pod­czas uro­czy­ste­go zakoń­cze­nia I Kon­gre­su Mate­ma­ty­ków Kra­jów Słowiańskich.

***

Jakież to zna­cze­nie może mieć czy­sta mate­ma­ty­ka, któ­ra jest dzie­dzi­ną spe­cja­li­stów, nie mają­cych stycz­no­ści z życiem, dzie­dzi­ną, któ­ra jest w naj­lep­szym razie – poezją abstrakcji?

Nic w tym dziw­ne­go, że tak myśli więk­szość zresz­tą bar­dzo inte­li­gent­nych ludzi. Nie­fa­cho­wiec zetknął się jedy­nie z abe­ca­dłem mate­ma­ty­ki w szko­le, gdzie mu je poda­wa­no w posta­ci nie zawsze straw­nej i nie zawsze dosta­tecz­nie jasnej. Nie­je­den czło­wiek, któ­ry – wedle swe­go wła­sne­go zda­nia – nie miał zdol­no­ści nawet do mate­ma­ty­ki szkol­nej, jest mimo to dzi­siaj fachow­cem w innej dzie­dzi­nie, fachow­cem pra­cu­ją­cym owoc­nie. Stąd też, jak­kol­wiek wie, że mate­ma­ty­ka jest pomoc­na w tech­ni­ce, nie widzi roli, jaką ode­gra­ła ona w histo­rii kultury.

Zresz­tą, nawet bar­dzo uczo­ne dzie­ła, trak­tu­ją­ce o histo­rii kul­tu­ry, nie uwi­docz­nia­ją nale­ży­cie zna­cze­nia mate­ma­ty­ki. Mówi się tam dużo i sze­ro­ko o filo­zo­fach, lite­ra­tach, arty­stach i poli­ty­kach, o zna­cze­niu i wpły­wie ich zain­te­re­so­wań na losy ludz­ko­ści, a jeże­li cho­dzi o mate­ma­ty­kę, wspo­mi­na się jedy­nie krót­ko, że ten lub ów był mię­dzy inny­mi też sław­nym mate­ma­ty­kiem. Nie­licz­ne i mało zna­ne są książ­ki, z któ­rych się może i nie­fa­cho­wiec coś nie­coś dowie­dzieć o istot­nym zna­cze­niu naszej nauki.

Dla­cze­go tak mało uwa­gi się zwra­ca na zna­cze­nie mate­ma­ty­ki? Przy­czy­na jest pro­sta. Mate­ma­ty­ka ma budo­wę skom­pli­ko­wa­ną. Gmach jej leży na wyso­kiej ska­le nie­ła­two dostęp­nej, odgro­dzo­nej murem trud­no­ści, któ­re musi adept dłu­go prze­zwy­cię­żać, zanim dosta­nie się do kwit­ną­cych ogro­dów. Kto jed­nak raz ujrzał tę cza­row­ną kra­inę, ten nie zapra­gnie już odwro­tu. Urok świa­ta myśli czy­stej, któ­ry z dale­ka wyda­je się lodow­nią nie wta­jem­ni­czo­nym, jest nie­prze­zwy­cię­żo­ny. Stąd też mate­ma­tyk woli pra­co­wać w swej dzie­dzi­nie wła­snej, ani­że­li pisać popu­lar­ne książ­ki o zna­cze­niu jej dla ludz­ko­ści, tym bar­dziej, że, aby rzecz nale­ży­cie wyło­żyć, musiał­by wejść w szcze­gó­ły czy­sto mate­ma­tycz­ne, a więc nie­do­stęp­ne dla prze­cięt­ne­go czy­tel­ni­ka. Stąd też mate­ma­ty­cy nie­wie­le mówi­li o sobie.

Cza­sy jed­nak się zmie­ni­ły. (…) Nade­szła chwi­la, w któ­rej nauka musi się zacząć rekla­mo­wać, jeśli nie chce zgi­nąć. Przejdź­my zatem do wła­ści­we­go tema­tu i omów­my pokrót­ce, na przy­kła­dach, co mate­ma­ty­ka dała ludzkości.

Czym jest fizy­ka dla ludz­ko­ści, każ­dy dobrze wie: wystar­czy spoj­rzeć doko­ła, by ujrzeć owo­ce tej nauki, któ­ra jest dźwi­gnią tech­ni­ki. Tak jak fizy­ka słu­ży tech­ni­ce, tak mate­ma­ty­ka słu­ży fizy­ce, będąc dla niej narzę­dziem, a rów­no­cze­śnie języ­kiem sub­tel­nym i ści­słym, w któ­rym ogól­ne pra­wa przy­ro­dy dają się wypo­wie­dzieć nale­ży­cie. Rachu­nek róż­nicz­ko­wy i cał­ko­wy, rów­na­nia róż­nicz­ko­we i funk­cyj­ne – oto nie­któ­re głów­ne czę­ści mowy tego języ­ka. Widać stąd, jak to mate­ma­ty­ka pośred­nio wpły­wa na roz­wój tech­ni­ki, któ­ra znów z kolei powo­du­je poważ­ne zmia­ny w ustro­ju spo­łe­czeństw, umac­nia­jąc ludz­kość w jej zma­ga­niach w odkry­wa­niu praw przy­ro­dy. Mate­ma­ty­ka jest więc co naj­mniej pożyteczna.

Wolę jed­nak mówić o tych bada­niach mate­ma­tycz­nych, któ­re nie zosta­ły pod­ję­te dla celów bez­po­śred­niej i natych­mia­sto­wej uży­tecz­no­ści. Dla więk­szej wyra­zi­sto­ści będę się nawet sta­rał moż­li­wie uni­kać przy­kła­dów, gdzie bada­cze pod­ję­li roz­wa­ża­nia teoretyczne
dla celów natych­mia­sto­we­go eks­pe­ry­men­tu, dla umoż­li­wie­nia i kon­ty­nu­owa­nia badań doświad­czal­nych z zakre­su fizy­ki i tech­ni­ki, a zaj­mę się tyl­ko wypad­ka­mi, gdy mate­ma­tyk badał i two­rzył w swej dzie­dzi­nie tyl­ko dla sie­bie, bez oglą­da­nia się na moż­li­wość zasto­so­wań, gdzie badał tyl­ko z chę­ci pozna­nia praw­dy, tyl­ko w celu usły­sze­nia nowych akor­dów tej har­mo­nii, któ­ra rzą­dzi w świe­cie czy­stej myśli teo­re­tycz­nej. Będę mówił o bada­niach, któ­re każ­dy nie-matematyk nazwie bez­u­ży­tecz­ną zabaw­ką, grą i fan­ta­zją, pozba­wio­ną nawet cie­nia rzeczywistości.

Pomiń­my odkry­cie głów­nych wła­sno­ści elip­sy, hiper­bo­li i para­bo­li, któ­re były jesz­cze w sta­ro­żyt­no­ści przed­mio­tem badań czy­sto teo­re­tycz­nych, gdyż zna­cze­nie tych linii krzy­wych dla fizy­ki i tech­ni­ki jest dziś dość dobrze znane.

Pomów­my o wyna­laz­ku, jakim było radio. Pole­ga ono, jak powszech­nie wia­do­mo, na wysy­ła­niu i odbie­ra­niu fal elek­tro­ma­gne­tycz­nych. Za głów­ne­go wyna­laz­cę uwa­ża się Mar­co­nie­go, tym­cza­sem histo­ria nauki stwier­dza, że – jak­kol­wiek Mar­co­ni skon­stru­ował pierw­szy apa­rat radio­te­le­gra­ficz­ny – nie on był tym, któ­ry doko­nał tu naj­waż­niej­sze­go odkry­cia. Naj­waż­niej­szą rze­czą było stwier­dze­nie moż­li­wo­ści ist­nie­nia fal elek­tro­ma­gne­tycz­nych. Doko­nał tego angiel­ski fizyk teo­re­tycz­ny Maxwell. Sama myśl, że takie fale w ogó­le ist­nie­ją, była wcze­śniej nie­obec­na, gdyż – jak wia­do­mo – czło­wiek nie posia­da żad­ne­go zmy­słu, reagu­ją­ce­go na nie. Jak­że więc to się sta­ło, że nauka wpa­dła na pomysł poszu­ki­wa­nia oma­wia­nych fal?

Trud­no mi dokład­nie rzecz przed­sta­wić w kil­ku sło­wach, gdyż zawi­łe i poplą­ta­ne są oko­licz­no­ści, warun­ku­ją­ce naro­dzi­ny każ­dej nowej idei. W owych cza­sach, tj. w poło­wie ubie­głe­go stu­le­cia, zna­ne już były ogól­ne pra­wa mate­ma­tycz­ne, rzą­dzą­ce zja­wi­ska­mi elek­trycz­ny­mi i zja­wi­ska­mi magne­tycz­ny­mi. Tech­ni­ka więc mia­ła wszyst­ko, cze­go jej było potrze­ba. Mimo to Maxwell pod­jął czy­sto teo­re­tycz­ne bada­nia owych praw, dążąc do jed­no­li­te­go ich uję­cia, poszu­ku­jąc w nich har­mo­nii. Dro­gą czy­stej spe­ku­la­cji i nie mając na wido­ku żad­nych bez­po­śred­nich zasto­so­wań prak­tycz­nych, wykrył Maxwell swe słyn­ne rów­na­nia róż­nicz­ko­we elek­tro­ma­gne­ty­ki, będą­ce pięk­ną syn­te­zą wów­czas zna­nych praw. I oto poka­za­ła się dziw­na rzecz. Z rów­nań Maxwel­la wyni­kły dro­gą mate­ma­tycz­nej deduk­cji nowe rów­na­nia róż­nicz­ko­we, łudzą­co podob­ne do zna­ne­go od daw­na rów­na­nia, rzą­dzą­ce­go roz­cho­dze­niem się gło­su, do tzw. kla­sycz­ne­go rów­na­nia falowego.

W ten spo­sób pió­ro Maxwel­la wykry­ło – że się tak wyra­żę – na papie­rze nie­wi­docz­ne dla nas i zazdro­śnie przez przy­ro­dę ukry­wa­ne fale elek­tro­ma­gne­tycz­ne. Eks­pe­ry­men­ty Hert­za potwier­dzi­ły odkry­cie Maxwel­la; w świe­cie rze­czy­wi­stym odna­la­zło się napraw­dę to, co Maxwell prze­wi­dział teo­re­tycz­nie. Odkryw­ca fal umarł w 1879, ale jego dzie­ło żyje w posta­ci radio­te­le­gra­fii i radio­te­le­fo­nii, wyol­brzy­mio­ne i wysub­tel­nio­ne, słu­żąc nam wier­nie, a nawet umi­la­jąc życie. Oto jeden z licz­nych trium­fów mate­ma­ty­ki czy­stej.1

Przejdź­my jed­nak do cza­sów dzi­siej­szych. Fizyk nie­miec­ki Planck, poszu­ku­jąc pod­staw mate­ma­tycz­nych teo­rii pro­mie­nio­wa­nia, odkrył dro­gą czy­stej spe­ku­la­cji ist­nie­nie tzw. kwan­tów ener­gii. I oto owe kwan­ty, zna­le­zio­ne „na papie­rze”, odkry­to też w rze­czy­wi­sto­ści. (…) Wni­ka ona w naj­wew­nętrz­niej­szą i naj­skryt­szą struk­tu­rę mate­rii i ener­gji, otwie­ra­jąc nie ocze­ki­wa­ne i dale­kie horyzonty.

Zapew­ne zdzi­wi się nie-matematyk, gdy powiem, że licz­ni ucze­ni zaj­mo­wa­li się bada­niem wła­sno­ści prze­strze­ni czte­ro­wy­mia­ro­wej, ba, nawet prze­strze­ni nie­skoń­cze­nie wie­lu wymia­rach. Bada­li z gor­li­wo­ścią i wysił­kiem – powie ktoś – god­nym lep­szej sprawy.
Do cze­góż przy­da się czło­wie­ko­wi, któ­ry prze­cież żyje w trój­wy­mia­ro­wej prze­strze­ni, taka fik­cja, abs­trak­cja nie­wy­obra­żal­na i nie­po­ży­tecz­na? Ale oto poka­za­ło się, że owa pięk­na teo­ria kwan­tów, o któ­rej mówi­łem, teo­ria, przy­pusz­cza­ją­ca szturm do – być może – naj­tward­szych murów, za któ­ry­mi przy­ro­da skry­ła swe taj­ni­ki, zna­la­zła w owej, niby to nie­po­ży­tecz­nej, geo­me­trii prze­strze­ni o nie­skoń­cze­nie wie­lu wymia­rach swe naj­od­po­wied­niej­sze i naj­zgrab­niej­sze narzę­dzie – jak kil­ka lat temu poka­zał von Neu­mann. Oto nowy triumf mate­ma­ty­ki czystej. (…)

Zda­je się, że poka­za­łem, jaką war­tość ma dla ludz­ko­ści bez­in­te­re­sow­na myśl matematyka.

Rysu­nek przed­sta­wia Otto­na Niko­dy­ma z żoną Sta­ni­sła­wą
(autor­ka: dr Sta­ni­sła­wa Nikodym)

Moż­na wie­rzyć, że każ­da bez­in­te­re­sow­na, nawet naj­bar­dziej abs­trak­cyj­na teo­ria wyda kie­dyś owo­ce, a mia­rą ich sło­dy­czy będzie głę­bia har­mo­nii i roz­pię­tość hory­zon­tu tej dzie­dzi­ny. Stąd też nale­ży się spo­dzie­wać, że i teo­ria mno­go­ści, tak pil­nie upra­wia­na w Pol­sce, teo­ria, któ­ra powo­li prze­ni­ka do całej mate­ma­ty­ki, docze­ka się zasto­so­wań kapitalnych.

Na odwrót, nie­jed­no­krot­nie zauwa­żo­no, że bada­nia mate­ma­tycz­ne, prze­pro­wa­dzo­ne li tyl­ko w celach natych­mia­sto­we­go zasto­so­wa­nia prak­tycz­ne­go, dawa­ły zale­d­wie nikłe plo­ny. Teo­rie czy­stej mate­ma­ty­ki nie zawsze znaj­du­ją od razu zasto­so­wa­nie prak­tycz­ne. Teo­rie te są – jak się traf­nie wyra­ził nasz miły gość rumuń­ski, prof. Petre Ser­ge­scu (w swej książ­ce pt. Gân­di­rea mate­ma­ti­că2) – są jak korze­nie, któ­re sta­ją się krze­wem i któ­re dopie­ro wte­dy, gdy drze­wem się sta­ną, wyda­dzą owoce.

Poka­za­łem na przy­kła­dach, jak to myśl geniu­szów mate­ma­ty­ki cięż­ko waży. Cho­ciaż cicho i jak­by na nóż­kach gołę­bich osia­da na niwie kul­tu­ry, sil­niej­sza jest nie­jed­no­krot­nie od tych, któ­rzy biją w wiel­ki bęben na jar­mar­ku świata. (…)

Pro­szę jed­nak nie sądzić, że mate­ma­ty­ka czy­sta rości sobie pre­ten­sję do tego, że jest jedy­ną sprę­ży­ną roz­wo­ju kul­tu­ry. Było­by to prze­sa­dą. Istot­nie, dużo czyn­ni­ków skła­da się na roz­wój ludz­ko­ści i wszyst­kie poszcze­gól­ne dzie­dzi­ny nauki i sztu­ki skła­da­ją się na jed­ną całość. Poszcze­gól­ne dzia­ły nauk mate­ma­tycz­nych i przy­rod­ni­czych wspo­ma­ga­ją się wza­jem­nie, „zacho­dzą” na sie­bie, prze­rzu­ca­ją sobie z rąk do rąk zło­tą pił­kę. Tak na przy­kład fizy­ka „zasi­la” czę­sto mate­ma­ty­kę, nasu­wa­jąc jej zagad­nie­nia, któ­re mate­ma­tyk bada, roz­wi­ja i uogól­nia nie­za­leż­nie, a uzy­ska­ne prze­zeń wyni­ki dają znów fizy­ko­wi nowe narzę­dzie, nowy język, nowy asumpt do nowych odkryć. (…)

Czy wie­dza i tech­ni­ka uczy­ni­ły czło­wie­ka szczę­śli­wym? Róż­nie by moż­na o tym mówić. (…)

Spo­łe­czeń­stwo jest, wła­ści­wie mówiąc, pew­ną rela­cją, zależ­no­ścią wza­jem­ną pomię­dzy insty­tu­cja­mi, jed­nost­ka­mi, zwy­cza­ja­mi i dąże­nia­mi i to zależ­no­ścią zmien­ną w cza­sie. Mate­ma­ty­ka czy­sta, zmie­nia­jąc usta­wicz­nie obraz kul­tu­ry, zmie­nia tym samem i poszcze­gól­ne spo­łe­czeń­stwa, gdyż warun­ku­je powsta­wa­nie nowych insty­tu­cji, nowych potrzeb, a nawet oby­cza­jów. Tak, na przy­kład, mamy dziś to, cze­go przed stu laty nie było; szyb­ką komu­ni­ka­cję i tele­graf, któ­re z kolei spo­wo­do­wa­ły ogrom­ne zmia­ny eko­no­micz­ne i oby­cza­jo­we. Wszyst­ko to jest prze­po­jo­ne mate­ma­ty­ką, któ­rej dusza spo­glą­da z każ­dej nowej zdo­by­czy tech­nicz­nej, z każ­dej nowej insty­tu­cji. (…) Spo­łe­czeń­stwo, któ­re doce­nia i pil­nie popie­ra tę naukę, dosta­je z pierw­szej ręki nowe odkry­cia i wyna­laz­ki, boga­ci się i zysku­je na znaczeniu.

Cho­ciaż nauka, a więc i mate­ma­ty­ka, jest tak potęż­na i tak wie­le daje ludz­ko­ści, spo­łe­czeń­stwo nie zawsze rozu­mie potrze­by nauki i nie zawsze ją ota­cza opie­ką, na jaką ona zasłu­gu­je. Tym­cza­sem nauka i sztu­ka win­ny być głów­nym dąże­niem poszcze­gól­nych spo­łe­czeństw, gdyż wła­śnie nauka i sztu­ka sta­no­wią mier­nik ich obiek­tyw­nej war­to­ści. Tak dom, jak i szko­ła powin­ny wycho­wy­wać mło­dzież w czci dla nauki i sztu­ki, a nie tak, jak to się dziś, nie­ste­ty, zbyt czę­sto zda­rza, w utwier­dza­niu mło­dzie­ży w pozio­mych dąże­niach do zdo­by­wa­nia dóbr mate­rial­nych i do wygo­dy życia. Doprawdy! (…)

Może było­by dobrze, gdy­by wię­cej uwa­gi zwra­ca­no w szko­le na roz­wi­ja­nie logicz­nych zdol­no­ści mło­dzie­ży, stop­nio­wo wpro­wa­dza­jąc ją w świat myśli teo­re­tycz­nej. Wyro­bi to trzeź­wy i ostroż­ny sąd o wszyst­kim, a rów­no­cze­śnie wpoi w mło­dzież sza­cu­nek dla nauki i prze­ko­na­nie o jej sile i waż­no­ści. Nad­mie­nię, że abs­trak­cyj­na teo­ria mno­go­ści, logi­ka mate­ma­tycz­na i kry­ty­ka pod­staw mate­ma­ty­ki dała nam do rąk środ­ki do racjo­nal­ne­go naucza­nia mate­ma­ty­ki, naucza­nia, któ­re spra­wia, że więk­szość uczniów może czy­nić wystar­cza­ją­ce postę­py i roz­wi­nąć swe zdol­no­ści do logicz­ne­go myślenia.

Wycho­wuj­my mło­dzież w czci dla nauki! Dziś, gdy nam świ­ta nowa zorza, moż­li­wość zgod­nej współ­pra­cy wszyst­kich cywi­li­zo­wa­nych naro­dów w ramach przy­szłej Paneu­ro­py, może ludz­kość zro­zu­mie i przej­mie wiel­ką ideę, któ­rą prze­czuł Poin­ca­re (w dzie­le pt. La Valeur de la Scien­ce3), a któ­rą wypo­wie­dział wyraź­nie, pod­kre­ślił i pięk­nie roz­wi­nął A. B. Dobro­wol­ski, nasz zna­ko­mi­ty badacz lodu i podróż­nik polar­ny, że jedy­ną racją ist­nie­nia ludz­ko­ści i jedy­nym jej celem jest poszu­ki­wa­nie praw­dy i pięk­na4.

Istot­nie, histo­ria kul­tu­ry uczy, że ludz­kość poprzez wszyst­kie swe tru­dy, rado­ści i smut­ki tyl­ko do tego celu zdą­ża i że każ­dy, nawet naj­skrom­niej­szy wyrob­nik kładł zawsze – cho­ciaż może nie­świa­do­mie – i kła­dzie dziś swą cegieł­kę do budo­wy wspa­nia­łej świą­ty­ni przy­szło­ści, świą­ty­ni wszech­wie­dzy i wszechpiękna.

Tekst odczy­tu był opu­bli­ko­wa­ny w „Prze­glą­dzie Peda­go­gicz­nym”, w nume­rze 10. z 1929 r. Powyż­szy tekst jest wer­sją zmo­der­ni­zo­wa­ną językowo.

***

Otton Niko­dym (1889–1974) uro­dził się Zabło­to­wie k. Koło­myi. Po ukoń­cze­niu stu­diów matematyczno-fizycznych na Uni­wer­sy­te­cie Lwow­skim pra­co­wał jako nauczy­ciel gim­na­zjal­ny w Kra­ko­wie i wykła­dał dydak­ty­kę w Stu­dium Peda­go­gicz­nym Uni­wer­sy­te­tu Jagiel­loń­skie­go. W 1924 r. dok­to­ry­zo­wał się na Uni­wer­sy­te­cie War­szaw­skim i tam się habi­li­to­wał w 1927 r. po rocz­nych stu­diach na Sor­bo­nie. Od 1930 r. miesz­kał w War­sza­wie i pro­wa­dził wykła­dy zle­co­ne na UW. Po woj­nie wyje­chał do Bel­gii, potem do Fran­cji, w koń­cu do USA, gdzie pra­co­wał nauko­wo, m.in. nad uści­śle­niem pod­staw fizy­ki mate­ma­tycz­nej, co czę­ścio­wo zre­ali­zo­wał w książ­ce pt. The Mathe­ma­ti­cal Appa­ra­tus for Quan­tum The­ories (Sprin­ger Ver­lag, 1966).


1 Histo­rię kla­sycz­ne­go rów­na­nia falo­we­go (stru­ny) oraz odkry­cie Maxwel­la opi­su­je szcze­gó­ło­wo Ian Ste­wart w książ­ce pt. 17 rów­nań, któ­re zmie­ni­ły świat (War­sza­wa 2013) w roz­dzia­łach 8. oraz 11.
2 Pol­ski odpo­wied­nik rumuń­skie­go gân­di­rea mate­ma­ti­că okre­śle­nia to myśl mate­ma­tycz­na.
3 Dzie­ło Poin­ca­régo uka­za­ło się w prze­kła­dzie pol­skim pt. War­tość nauki (War­sza­wa 1908).
4 Por. A. B. Dobro­wol­ski. Rudolf Maria Hol­zap­fel i pod­sta­wy nauko­we wycho­wa­nia uczuć. „Doga” nr 1–3 (1927) s. 17–20.