Eukli­des (365 – 300 p.n.e.) to ojciec geo­me­trii, wycho­wa­nek Aka­de­mii Pla­toń­skiej. Jego Ele­men­ty – nauko­wa księ­ga wszech cza­sów – licz­bą wydań (pra­wie dwa tysią­ce!) i tłu­ma­czeń pla­su­je się na dru­gim miej­scu, tuż za Biblią. Genial­ny Grek przez więk­szość życia bel­fro­wał w „Oxfor­dzie sta­ro­żyt­no­ści”, czy­li w sław­nej Szko­le Aleksandryjskiej.

Dla swo­ich uczniów napi­sał Pseu­da­ria (Fał­szy­we wnio­ski). Nie­ste­ty, dzie­ło zawie­ru­szy­ło się gdzieś w prze­strze­ni i cza­sie sta­ro­żyt­no­ści. Skła­da­ło się z róż­ne­go typu byków w mate­ma­tycz­nych rozu­mo­wa­niach, któ­rym nale­ża­ło samo­dziel­nie utrzeć rogi.

Król Pto­le­me­usz I Soter chciał opa­no­wać dzie­ło wiel­kie­go mate­ma­ty­ka. Trzy­na­ście ksiąg Ele­men­tów wyma­ga­ło jed­nak, by solid­nie przy­siąść na tro­nie. Ambit­ny wład­ca nie dys­po­no­wał nad­mia­rem cza­su, zapy­tał więc Eukli­de­sa o krót­szą dro­gę wio­dą­cą do wie­dzy zawar­tej w jego księ­gach. Grec­ki uczo­ny wyper­swa­do­wał mu to, odpo­wia­da­jąc, że „w geo­me­trii nie ma spe­cjal­nych dróg nawet dla królów”.

Ele­men­ty roz­po­czy­na­ją wykład od pię­ciu postu­la­tów (pew­ni­ków, aksjo­ma­tów), na któ­rych budo­wa­ny jest cały gmach geometrii.

Pią­ty postu­lat
Dwie pro­ste, któ­re prze­ci­na­ją trze­cią w taki spo­sób, że suma kątów wewnętrz­nych po jed­nej stro­nie jest mniej­sza od dwu kątów pro­stych, prze­tną się z tej wła­śnie stro­ny, jeśli się je odpo­wied­nio przedłuży.

Na pią­ty postu­lat (zwa­ny postu­la­tem o rów­no­le­głych) mate­ma­ty­cy obse­syj­nie wydzi­wia­li od same­go począt­ku. Krę­ci­li nosem, bo wyda­wał się im podej­rza­ny. Nie był ani oczy­wi­sty, ani jasny. Pró­bo­wa­no więc jakoś się z nim upo­rać. Spo­so­bów ata­ku było przez wie­ki trzy, ale w koń­cu poja­wił się nowy spo­sób, któ­ry wysko­czył jak dia­beł z pudełka.

Pierw­szy spo­sób ata­ku poszedł w stro­nę dowo­du zależ­no­ści. Wywo­dząc postu­lat o rów­no­le­gło­ści logicz­nie z pozo­sta­łych aksjo­ma­tów uzy­ska­no by taki efekt, że stał­by się pospo­li­tym twier­dze­niem. Ruszy­ła prze­to fabry­ka fał­szy­wych dowo­dów. Z taśmy scho­dzi­ły buble, bo nie mogło być ina­czej. Nie­uchron­ność kla­py podej­mo­wa­nych prób udo­wod­nio­no dopie­ro w XIX wie­ku. Pią­ty aksjo­mat jest nie­za­leż­ny od pozo­sta­łych i jako taki nie jest twier­dze­niem, lecz pod­sta­wo­wym zało­że­niem w aksjo­ma­ty­ce geo­me­trii Euklidesa.

Poprzez natar­cie dru­gą flan­ką pró­bo­wa­no zastą­pić kość nie­zgo­dy innym bar­dziej jasnym sfor­mu­ło­wa­niem pią­te­go pew­ni­ka. Rów­no­waż­ni­ków zna­le­zio­no całą furę i kil­ka przy­czep. Na przy­kład: suma kątów wewnętrz­nych trój­ką­ta jest rów­na dwóm kątom pro­stym. Stan­dar­dem sta­ło się brzmie­nie pią­te­go aksjo­ma­tu zapro­po­no­wa­ne przez szkoc­kie­go mate­ma­ty­ka Joh­na Play­fa­ira (1785): Na płasz­czyź­nie przez punkt nie­le­żą­cy na danej pro­stej prze­cho­dzi jed­na i tyl­ko jed­na pro­sta rów­no­le­gła do niej.

Trze­ci kie­ru­nek odwo­łał się do Natu­ry. Naj­bar­dziej efek­tow­ny atak prze­pro­wa­dził Gauss, któ­ry uznał, że sko­ro mate­ma­ty­ka jest bez­rad­na, nie­chaj sędzią będzie doświad­cze­nie. Ksią­żę mate­ma­ty­ków ruszył w góry Harzu i posta­no­wił zmie­rzyć kąty mię­dzy trze­ma boka­mi tró­ką­ta wyzna­czo­ne­go wierz­choł­ka­mi: Broc­ken (góry Harz), Hoher Hagen pod Getyn­gą, Insel­berg (Las Turyń­ski). Pro­mie­nie świa­tła two­rzy­ły boki trójkąta.

Wie­ża Gaus­sa – wie­ża wido­ko­wa na szczy­cie góry Hoher Hagen.

Nie­ste­ty, wynik eks­pe­ry­men­tu był żaden, bo pra­wem kadu­ka nie­unik­nio­ne błę­dy pomia­ru nie pozwa­la­ły na „ucze­pie­nie się’’ powta­rzal­no­ści wyni­ków, czy­li na stwier­dze­nie cze­go­kol­wiek z pew­no­ścią. Suma kątów była – do wybo­ru – więk­sza, rów­na lub mniej­sza od 180o, według uzna­nia (oce­ny wpły­wu błę­dów pomia­ru na wynik). Ozna­cza­ło to, według Gaus­sa, że moż­na prze­bie­rać w trzech moż­li­wo­ściach: nie ma rów­no­le­głych (na płasz­czyź­nie przez punkt nie­le­żą­cy na danej pro­stej nie prze­cho­dzi żad­na pro­sta rów­no­le­gła do niej.), jest tyl­ko jed­na pro­sta rów­no­le­gła albo rów­no­le­głe sypią się niczym z rogu obfitości.

Prin­ceps mathe­ma­ti­co­rum, Gauss, zła­mał się w obli­czu tej świa­to­bur­czej praw­dy. Wnio­ski cicho powę­dro­wa­ły do szu­fla­dy. Oba­wa, że okrzyk­ną go kimś mają­cym nie­rów­no pod sufi­tem, zwy­cię­ży­ła. Jak się póź­niej oka­za­ło, oba­wy księ­cia mate­ma­ty­ków były słuszne.

*

Czwar­ty atak: duet Łobaczewski-Bolyai był odważ­niej­szy; Rosja­nin i Węgier, nie­za­leż­nie od sie­bie, przy­ję­li za pew­nik, że do punk­tu poza pro­stą „docze­pio­ny” jest worek rów­no­le­głych, w któ­rych moż­na prze­bie­rać jak w ulę­gał­kach. Oka­za­ło się, że budow­la trzy­ma się kupy, co w języ­ku Kró­lo­wej Nauk zna­czy, że i ta geo­me­tria jest nie­sprzecz­na. Jed­nak geo­me­trii hiper­bo­licz­nej, jak ochrzczo­no nowo­rod­ka, przy­szło jesz­cze wie­le lat cze­kać na oby­wa­tel­stwo i uzna­nie ze stro­ny świa­ta nauki.

Gdy w 1829 r. Łoba­czew­ski ogło­sił nową teo­rię geo­me­trii, inną od jedy­nie „słusz­nej”, eukli­de­so­wej, zlek­ce­wa­żo­no ją i wyśmia­no. Twier­dzo­no nawet, że uczo­ny jest nie­speł­na rozu­mu i gło­si non­sen­sy. Zarów­no Łoba­czew­ski, jak i Boly­ai zapła­ci­li wyso­ką cenę za swo­je idee; pierw­szy został zwol­nio­ny z uni­wer­sy­te­tu w Kaza­niu, dru­gi popadł na wie­le lat w depresję.

Na dwo­rze Kró­lo­wej Nauk rzą­dzi­ła w owym cza­sie mate­ma­tycz­na kon­ser­wa, eukli­de­so­wy beton. Wkrót­ce jed­nak Bern­hard Rie­mann wyszedł z dia­me­tral­nie inną pro­po­zy­cją (1854): worek jest pusty, rów­no­le­głych nie ma. I ta kon­struk­cja trzy­ma­ła się rów­nie dobrze jak poprzed­nia. Tak naro­dzi­ła się geo­me­tria eliptyczna.

Pierw­sza lek­cja geo­me­trii w raj­skim ogro­dzie (obraz – Michał Anioł, tekst – Jean Effel)

Tak więc wie­ko­we, bro­da­te prze­ko­na­nie, iż aksjo­ma­ty­kę usta­la się na pla­cu oczy­wi­sto­ści, zosta­ło w tym­że miej­scu roz­ło­żo­ne na łopat­ki. Isto­ta mate­ma­ty­ki pole­ga na wypro­wa­dza­niu twier­dzeń przez pocią­ga­nie za sznur­ki wybra­nych aksjomatów.

A sko­ro sznur­ki są dowol­ne, to dla każ­de­go znaj­dzie się coś miłe­go. I stąd, zamiast jed­nej urzę­do­wej geo­me­trii, mamy ich wie­le. Podob­nie jest na innych grząd­kach współ­cze­snej mate­ma­ty­ki – algebr na pęcz­ki, logik zatrzę­sie­nie. Plu­ra­lizm mate­ma­tycz­ny (klę­ska uro­dza­ju, jak bia­da­li nie­któ­rzy) stał się fak­tem. Jest w czym prze­bie­rać i moż­na prze­kła­dać jed­no nad dru­gie, a wybrzy­dzać na trze­cie, co prof. Andrzej Mostow­ski skwi­to­wał: „Tyl­ko żon nie trze­ba wybie­rać, one są nam dane”.

Czwo­ro­kąt Sac­che­rie­go* (zwa­ny też czwo­ro­ką­tem Chajjama**–Saccheriego) to czwo­ro­kąt ABCDABCD o dwóch kątach pro­stych przy pod­sta­wie AB, w któ­rym boki AD i BC mają rów­ne dłu­go­ści. Giro­la­mo Sac­che­ri w dzie­le Euc­li­des ab Omni Naevo Vin­di­ca­tus (Eukli­des uwol­nio­ny od wszel­kich wad), opu­bli­ko­wa­nej w 1733 r., wziął na warsz­tat geo­me­trię pozba­wio­ną podej­rza­ne­go pią­te­go aksjo­ma­tu Eukli­de­sa. Przy pomo­cy swe­go czwo­ro­ką­ta roz­pa­try­wał trzy hipo­te­zy (opi­sa­ne poni­żej). Chciał dowieść praw­dzi­wo­ści hipo­te­zy pierw­szej (kąta pro­ste­go), poszu­ku­jąc się sprzecz­no­ści hipo­tez dru­giej i trze­ciej z pierw­szy­mi czte­re­ma postu­la­ta­mi Eukli­de­sa. Doszedł jed­nak do fał­szy­we­go wnio­sku o sprzecz­no­ści, stwier­dza­jąc, że „hipo­te­za kąta ostre­go jest abso­lut­nie fał­szy­wa, ponie­waż jest sprzecz­na z natu­rą linii pro­stych.” Sac­che­ri pochop­nie uznał to prze­ko­na­nie za sprzecz­ność natu­ry logicz­nej, któ­rej szu­ka­my, dowo­dząc nie wprost.

War­to dodać, że w swym dzie­le Sac­che­ri, nie­ja­ko przy oka­zji, udo­wod­nił wie­le twier­dzeń i wła­sno­ści geo­me­trii, nazy­wa­nej dzi­siaj geo­me­trią hiperboliczną.

Sta­tus geo­me­trii hiper­bo­licz­nej usank­cjo­no­wał Felix Kle­in, publi­ku­jąc w 1870 roku jej model w geo­me­trii eukli­de­so­wej oraz model geo­me­trii eukli­de­so­wej w geo­me­trii hiper­bo­licz­nej, dowo­dząc tym samym ich rów­no­praw­no­ści (jed­na­ko­wej popraw­no­ści) i defi­ni­tyw­nie zamy­ka­jąc ist­nie­ją­ce zamie­sza­nie. Kil­ka­na­ście lat póź­niej Hen­ri Poin­ca­ré doło­żył inny model geo­me­trii hiper­bo­licz­nej. Na dokład­kę, Bern­hard Rie­mann w wykła­dzie habi­li­ta­cyj­nym (1854) podał spo­sób kon­struk­cji róż­nych geo­me­trii, gdzie eukli­de­so­wa i hiper­bo­licz­na były tyl­ko szcze­gól­ny­mi przy­pad­ka­mi. Tego świat nauko­wy nie mógł już ani igno­ro­wać, ani kwe­stio­no­wać. Tak więc po ponad dwóch tysiąc­le­ciach pano­wa­nia geo­me­trii eukli­de­so­wej poja­wi­ła się rów­no­praw­na z nią geo­me­tria hiper­bo­licz­na, a oko­ło dwa­dzie­ścia lat póź­niej ruszy­ła lawi­na róż­nych geo­me­trii, z elip­tycz­ną na czele.

W geo­me­trii hiper­bo­licz­nej mamy mak­si­mum powierzch­ni przy mini­mal­nej obję­to­ści, dla­te­go Mat­ka Natu­ra obda­rzy­ła np. kora­low­ce tą geo­me­trią, gdy orga­nizm potrze­bu­je dużej powierzch­ni do pochła­nia­nia pożywienia.

Omar Chaj­jam** (1048 – 1131) to zna­ko­mi­ty per­ski mate­ma­tyk, filo­zof, astro­nom oraz gwiaz­da poezji – w jed­nej oso­bie. Jako mate­ma­tyk jest zna­ny ze swo­jej pra­cy o roz­wią­zy­wa­niu rów­nań trze­cie­go stop­nia za pomo­cą kon­struk­cji geo­me­trycz­nych. Trój­kąt Pas­ca­la w kra­jach arab­skich jest zwa­ny trój­ką­tem Chaj­ja­ma, gdyż badał go na kil­ka­set lat przed Pas­ca­lem. Roz­pa­try­wał tak­że czwo­ro­kąt Sache­rie­go na dłu­go przed nim, docho­dząc do pierw­szych twier­dzeń geo­me­trii nieeuklidesowych.

Jako astro­nom obli­czył dłu­gość roku sło­necz­ne­go z nie­zwy­kłą pre­cy­zją i dokład­no­ścią oraz zapro­jek­to­wał kalen­darz, któ­ry jest nadal ‚po pra­wie tysiącu lat, w uży­ciu w Ira­nie, a jako poeta pod­bił świat swo­imi ruba­iy­ata­mi – filo­zo­ficz­ny­mi czte­ro­wier­sza­mi, tłu­ma­czo­ny­mi na nie­zli­czo­ną licz­bę języ­ków. Jeden czło­wiek + ogrom osią­gnięć = Omar Chajjam!

Jak ptak w sidłach myśliw­ca, tak my w sidłach doli,
ser­ce oszo­ło­mio­ne wiecz­no­ścią aż boli.
Zbłą­ka­ni na tym świe­cie bez drzwi i bez dachu,
mimo chę­ci przy­szedł­szy, odcho­dzim wbrew woli…

Cóż po tym, że się wola z prze­szko­da­mi pora
nie szczę­dzą­ca zabie­gów i do czy­nu skora:
zapęd wszel­ki wraz osa­dza ta myśl nieznośna,
że led­wie­śmy oto przy­szli, a już odejść pora…

Po cóż tro­skę w tobie nie­cą przy­szłych zda­rzeń wici?
Kto dale­ko myślą się­ga, ponad żal nie schwyci –
nie zacie­śniaj świa­tu gra­nic przed rado­snym sercem,
tro­ski cie­bie nie nakar­mią, i żal nie nasyci…

Nikt nie zgadł, co świat kry­je za swą zasłoną,
ani wie kto, jak duszę w nie­go złożono,
nie odpo­cząć niko­mu, aż w ziem­nym pyle,
…i tak się ten wątek snu­je, bez koń­ca pono.

I ci, co się zesta­rze­li, i nowo przybyli
po to tyl­ko przy­szli, aby znów odejść po chwili;
nikt się dłu­go nie ostał na tym bożym świecie.
Wciąż nań ludzie przy­cho­dzi­li, wciąż zeń odchodzili.

(tłu­ma­cze­nie: Andrzej Gaw­roń­ski, „Wybra­ne czte­ro­wier­sze”, 1933)

Przez dzie­siąt­ki lat astro­no­mo­wie deba­to­wa­li nad natu­rą kształ­tu Wszech­świa­ta – czy jest on „pła­ski” (co ozna­cza, że linie rów­no­le­głe pozo­sta­ną na zawsze rów­no­le­głe), „zamknię­ty” (linie rów­no­le­głe w koń­cu się prze­tną) czy „otwar­ty” (linie te będą się roz­cho­dzić). To geo­me­tria Wszech­świa­ta dyk­tu­je mu jego los. Pła­ski i otwar­ty Wszech­świat będzie się roz­sze­rzać w nie­skoń­czo­ność, pod­czas gdy zamknię­ty Wszech­świat w koń­cu „zapad­nie się” w sobie.

Pyta­nie o kształt Wszech­świa­ta jest jed­nym z otwar­tych pro­ble­mów współ­cze­snej astro­no­mii: czy jego glo­bal­ny kształt – gdy­by wypro­sto­wać ugię­cia wyni­ka­ją­ce z obec­no­ści gwiazd, galak­tyk czy czar­nych dziur – nadal był­by zakrzy­wio­ny jak powierzch­nia kuli, czy też był­by pła­ski, a może był­by świa­tem o ujem­nej krzy­wiź­nie; a może Wszech­świat przy­po­mi­na pączek z dziur­ką? Nie­ste­ty, obec­ny stan wie­dzy (gru­dzień 2025) nie pozwa­la roz­strzy­gnąć w żad­ną stro­nę, jaki jest jego lokal­ny i glo­bal­ny kształt. Para­fra­zu­jąc sło­wa Sokra­te­sa, wie­my, że (wciąż) nic nie wie­my. A może rację miał Omar Chaj­jam, że „nikt nie zgadł, co świat kry­je za swą zasłoną…”


Tade­usz Ostrowski
dr nauk matematycznych