Z punk­tu widze­nia psy­cho­lo­gii lepiej by było, gdy­by­śmy mogli zre­zy­gno­wać z wymo­gu opa­no­wa­nia tablicz­ki mno­że­nia, ale w meto­dy­ce naucza­nia nie moż­na zbyt­nio psy­cho­lo­gi­zo­wać. Na pew­no nie kosz­tem logi­ki i wymo­gów nauki szkol­nej. Tablicz­ka mno­że­nia jest koniecz­no­ścią, albo­wiem jest ona pod­sta­wą rachun­ku pamię­cio­we­go w zakre­sie mno­że­nia i dzie­le­nia, jest pod­sta­wą rachun­ku piśmien­ne­go. Musi więc być opanowana.

Odróż­nia­my w nauce szkol­nej wia­do­mo­ści i umie­jęt­no­ści. Wia­do­mo­ści wystar­czy zro­zu­mieć i zapa­mię­tać. Jeśli jed­nak wia­do­mo­ści ule­cą chwi­lo­wo z pamię­ci, wystar­czy posia­dać tech­ni­kę naby­cia ich z powro­tem, czy przez zaj­rze­nie do ency­klo­pe­dii, czy przez deduk­cyj­ne wypro­wa­dze­nie, czy przez przy­po­mi­na­nie. Wia­do­mo­ści czę­sto sto­so­wa­ne nie ula­tu­ją z pamię­ci, są w tzw. pogo­to­wiu psy­chicz­nym. Ina­czej z umie­jęt­no­ścia­mi. Dla ich zdo­by­cia trze­ba ćwi­czyć aż do ich opa­no­wa­nia. Rozum odgry­wa tu mniej­szą i tyl­ko pośred­nią rolę.

Wyra­ża­my się czę­sto, że wia­do­mo­ści naby­te ucze­niem się są bar­dziej war­to­ścio­we, niż wia­do­mo­ści zdo­by­te naucza­niem. For­mu­łu­je­my też czę­sto zasa­dę nowo­cze­snej szko­ły: zastą­pić naucza­nie przez ucze­nie się. Pro­ces naucza­nia sen­su stric­to nie ist­nie­je. Ist­nie­ją tyl­ko róż­ne meto­dy ucze­nia się. Prze­ciw­sta­wie­nie ucze­nie się – naucza­nie jest nie­po­ro­zu­mie­niem wyni­kłym z nie­do­sta­tecz­nej ana­li­zy tych pojęć. Nie da się zmu­sić uczniów w szko­le do uwa­ża­nia, pamię­ta­nia, myśle­nia, sły­sze­nia. Aktyw­ność władz psy­chicz­nych czło­wie­ka jest nie­odzow­nym warun­kiem naby­wa­nia wie­dzy. Ta aktyw­ność jest ucze­niem się. Wia­do­mo­ści zdo­by­te wła­snym wysił­kiem będą lepiej przy­swo­jo­ne, niż wia­do­mo­ści zasły­sza­ne tylko.

Jeśli zaś w pra­cy szkol­nej wymy­śla­my roz­ma­ite zaba­wy i sto­su­je­my tabli­ce i inne pomo­ce nauko­we, by uła­twić dzie­ciom opa­no­wa­nie tablicz­ki mno­że­nia, nazy­wa­my to uła­twia­my uczniom naby­wa­nie wie­dzy. Zamiast odwo­ły­wać się tyl­ko do pamię­ci, odwo­łu­je­my się do pamię­ci, rozu­mo­wa­nia i doświad­cze­nia. Zamiast odwo­ły­wać się tyl­ko do wyobraź­ni, odwo­łu­je­my się do obser­wa­cji, wyobraź­ni, porów­ny­wa­nia. Nie jest to mar­no­wa­niem ener­gii, ale odwrot­nie jest to oszczęd­ność, eko­no­mia i racjo­na­li­za­cja pra­cy. Wia­do­mo­ści zdo­by­te w spo­sób natu­ral­ny, tzn. przy współ­dzia­ła­niu całej psy­chi­ki są bar­dziej war­to­ścio­we, gdyż są bar­dziej przy­swo­jo­ne, mniej obce, mają wię­cej cech prze­ży­cia indy­wi­du­al­ne­go, weszły głę­biej w nasze masy aper­cep­cyj­ne, w ści­ślej­sze sko­ja­rze­nia. Nauka szkol­na jest mniej męczą­ca, bar­dziej przy­jem­na, zapa­mię­ta­nie – bar­dziej trwa­łe, aktu­al­ność i przy­swo­je­nie – bar­dziej oso­bo­we, mniej obce, a zami­ło­wa­nie do nauki – więk­sze. Pro­ces naby­wa­nia wia­do­mo­ści na takiej dro­dze będzie­my nazy­wa­li natu­ral­nym pro­ce­sem ucze­nia się.

Zamiast daw­nej zasa­dy: powta­rzać, powta­rzać i jesz­cze raz powta­rzać, nowo­cze­sna dydak­ty­ka wyma­ga takiej meto­dy poda­wa­nia wie­dzy, by ona mia­ła wszel­kie cechy prze­ży­cia i nie wyma­ga­ła setek bez­myśl­nych powtó­rzeń. Tak nale­ży rozu­mieć zasa­dę ucze­nia się przez życie. Jest to zasa­da ucze­nia się przez przeżycia.

Powsta­je teraz pyta­nie, czy opa­no­wa­nie tablicz­ki mno­że­nia nale­ży do umie­jęt­no­ści czy do wie­dzy? Leży ona pośrod­ku i dla­te­go zasa­dy nowej dydak­ty­ki nie są nigdzie bar­dziej potrzeb­ne, niż w nauce tablicz­ki mno­że­nia. Jest rze­czą nie­moż­li­wą opa­no­wać tablicz­kę mno­że­nia natu­ral­nym spo­so­bem ucze­nia, ale jest rze­czą szko­dli­wą uczyć się jej mecha­nicz­nie w spo­sób sztucz­ny. Trze­ba uczyć tablicz­ki mno­że­nia wedle zasa­dy mak­si­mum uła­twie­nia i mini­mum przy­mu­su. Zasa­da ta – pisze Thorn­di­ke1 – jest oczy­wi­sta i w teo­rii uzna­wa­na przez każ­de­go nauczy­cie­la, lecz w prak­ty­ce jeste­śmy jesz­cze przy­wią­za­ni do kon­wen­cjo­nal­ne­go postę­po­wa­nia, któ­re powsta­ło, zanim zaczę­to stu­dio­wać psy­cho­lo­gię arytmetyki.

W nauce ele­men­tar­nej szkol­nej tria­dy (czy­ta­nie, pisa­nie bez błę­dów orto­gra­ficz­nych, tablicz­ka mno­że­nia), sto­ją­cej na pogra­ni­czu mię­dzy wie­dzą a umie­jęt­no­ścią musi­my zmie­rzać do dosko­na­ło­ści nawy­ku, do spraw­no­ści wyklu­cza­ją­cej nawet świa­do­my namysł, do tak ści­słe­go koja­rze­nia zada­nia z wyko­na­niem, byśmy uzy­ska­li mak­si­mum spraw­no­ści. Jest rze­czą jasną, że mię­dzy bodź­cem a reak­cją w czy­ta­niu, mię­dzy myślą a wyko­na­niem w pisa­niu, mię­dzy pyta­niem a odpo­wie­dzią w tablicz­ce mno­że­nia musi ist­nieć zwią­zek tak sil­ny, by czas reak­cji był mini­mal­ny. Tu tyl­ko wyjąt­ko­wo i w począt­ko­wych sta­diach ucze­nia się moż­na dopu­ścić namysł, wahanie.

Ale nie wol­no mie­szać celu naucza­nia z meto­dą. Jeśli idzie o cel naucza­nia tablicz­ki mno­że­nia, powie­my, że jest ona za mało zme­cha­ni­zo­wa­na. Jeśli idzie o meto­dę ucze­nia się tablicz­ki mno­że­nia powie­my, że jest ona zbyt­nio zme­cha­ni­zo­wa­na, za mało natu­ral­na. Tablicz­ka mno­że­nia jest czę­sto u dzie­ci za mało ugrun­to­wa­na, nie dość sil­nie, by sta­ła się napraw­dę narzę­dziem umoż­li­wia­ją­cym ich dal­szą naukę aryt­me­ty­ki. Zna­jo­mość tablicz­ki mno­że­nia jest nie­zbęd­na po to, by pra­co­wać dokład­nie (uni­kać błę­dów), choć wol­no z począt­ku. Szyb­kość zdo­by­wa się przez prak­ty­kę. Taka jest zasa­da wszel­kich nauk sto­ją­cych na pogra­ni­czu mię­dzy wie­dzą a umie­jęt­no­ścią. W prak­ty­ce szkol­nej naukę tablicz­ki mno­że­nia pro­po­nu­ję cel roz­ło­żyć na dwa eta­py. W kla­sie II i III niech dzie­ci zdo­bę­dą pew­ność i dokład­ność. Bie­gło­ści (szyb­ko­ści) nauczą się przez jej stosowanie.

Co inne­go meto­da naucza­nia. Ta musi być rozu­mo­wa, nie może być mecha­nicz­na. Powo­łam się na pew­ną ana­lo­gię. Tabe­la doda­wa­nia i odej­mo­wa­nia do 20 jest nie­mniej potrzeb­na w dal­szej nauce, jak tabe­la mno­że­nia i dzie­le­nia. Jed­nak nie uczy­my jej mecha­nicz­nym kuciem, tyl­ko meto­dą rozu­mo­wą. Już w kla­sie I dzie­ci pozna­ją te dzia­ła­nia meto­dą poglą­do­wą, dla nich dostęp­ną, naby­wa­ją stop­nio­wo pew­no­ści dzię­ki dokład­no­ści. Nie uczą się tego na pamięć, lecz za pomo­cą pal­ców lub środ­ków poglą­do­wych w posta­ci licz­ma­nów. Mniej wię­cej w dru­gim pół­ro­czu kla­sy II dzie­ci osią­ga­ją bie­głość w tym zakre­sie. Nigdy w pol­skiej szko­le nie two­rzy­my tabel doda­wa­nia i odej­mo­wa­nia i nie pole­ca­my się ich uczyć na pamięć. A jed­nak w cią­gu dwóch lat dzie­ci osią­ga­ją bie­głość i w kla­sie III nie ma dziec­ka, któ­re by nie doda­wa­ło i odej­mo­wa­ło bie­gle w zakre­sie 20. Cel został osią­gnię­ty. Tabe­la doda­wa­nia jest zme­cha­ni­zo­wa­na, meto­da nie była mecha­nicz­na. Dawa­ła tyl­ko środ­ki dokład­nej i pew­nej pra­cy, któ­ra się zme­cha­ni­zo­wa­ła przez ćwi­cze­nia. Krót­ko mówiąc: punk­tem doj­ścia jest mecha­ni­za­cja, punk­tem wyj­ścia wszel­kie dostęp­ne środ­ki dla zro­zu­mie­nia. Wów­czas wynik jest dobry.

W tablicz­ce mno­że­nia zaczy­na­my od ucze­nia się na pamięć, od mecha­ni­zmu. Zaczy­na­my już w kla­sie II. Chcąc osią­gnąć wyni­ki zbli­żo­ne do tabe­li doda­wa­nia i odej­mo­wa­nia, powin­ni byśmy uzy­skać bie­głość już w dru­gim pół­ro­czu kla­sy IV. Oka­zu­je się jed­nak, że i w kla­sie VII są dzie­ci, któ­re nie umie­ją tablicz­ki mno­że­nia. Czy nie jest to naj­lep­szy wskaź­nik, jakiej meto­dy nale­ży użyć? Powie ktoś może, że w tablicz­ce doda­wa­nia i odej­mo­wa­nia do 20 jest mniej zdań, że tabe­la jest łatwiej­sza. Pro­ste wyli­cze­nie prze­ko­na nas, że to nie jest słusz­ne. Tablicz­ka doda­wa­nia do 20 obej­mu­je 220 zdań, tyleż tablicz­ka odej­mo­wa­nia. (Jeśli odrzu­ci­my przy­pad­ki, w któ­rych mamy uła­twie­nia dla pamię­ci: w posta­ci pra­wa prze­mien­no­ści, np. 7 + 8 = 8 + 7, i doda­wa­nia 0, to zosta­nie nam jesz­cze 100 wypad­ków doda­wa­nia i 200 odej­mo­wa­nia). W tablicz­ce mno­że­nia spo­śród 100 ilo­czy­nów mamy 45 pod­le­ga­ją­cych pra­wu prze­mien­no­ści (7 × 8 = 8 × 7). Pozo­sta­je więc do wyucze­nia się tyl­ko 55 przy­pad­ków. I to spra­wia tak nie­sły­cha­ną trud­ność. Czyż nie nale­ży tego przy­pi­sać wadli­wej metodzie?

Tablicz­ka mno­że­nia jest cięż­kim krzy­żem dla ucznia — pisze Krantz2 — jeże­li wku­wa się ją pamię­cio­wo z pomi­nię­ciem czyn­ni­ków logicz­nych. Wszel­ka nauka ele­men­tar­na sto­ją­ca na pogra­ni­czu mię­dzy umie­jęt­no­ścią a wie­dzą musi być dopro­wa­dzo­na do bie­gło­ści nawy­ko­wej. Punk­tem wyj­ścia i meto­dą sto­so­wa­ną w naby­ciu tej wie­dzy musi być jasność, rozu­mie­nie, aż do osią­gnię­cia zupeł­nej pew­no­ści i dokład­no­ści. Zme­cha­ni­zo­wa­nie nastą­pi samo­rzut­nie przez czę­ste sto­so­wa­nie. Uczy­my dzie­ci czy­tać i pisać tyl­ko pew­nie i dokład­nie, szyb­kość przy­cho­dzi z cza­sem przez czę­ste sto­so­wa­nie. Wszak tablicz­ki mno­że­nia uczy­my dla­te­go, że będzie nam potrzeb­na w dal­szej nauce, więc będzie sto­so­wa­na aż do uzy­ska­nia biegłości.

Współ­cze­śnie nikt już nie pisze tablicz­ki mno­że­nia i nie każe uczniom się jej nauczyć, ale naj­pierw wyja­śnia­my, a dopie­ro potem każe­my się uczyć (np. zaczy­na­jąc od pierw­szej ćwiart­ki tej tabli­cy). Ale nie wystar­czy raz wyja­śnić, bo to się szyb­ko zapo­mi­na. Musi­my wyja­śniać czę­sto i coraz na innej dro­dze, i przez to wzmoc­nić myśl dziec­ka, by wszel­kie trud­no­ści umia­ło natych­miast poko­nać. Nie wol­no, gdy tyl­ko dziec­ko raz zro­zu­mia­ło już ćwi­czyć, bo wte­dy pamięć wypie­ra rozum. „Co umie­my, nad tym się nie zasta­na­wia­my. Brak umie­jęt­no­ści zmu­sza do namy­słu” – traf­nie zauwa­ża Ger­lach3.

Zanim przy­stą­pi­my do tablicz­ki mno­że­nia, musi dziec­ko dosko­na­le rozu­mieć mno­że­nie. Nie jest to wca­le takie łatwe. Jesz­cze wię­cej: tablicz­ka mno­że­nia nie powin­na być tyl­ko zasto­so­wa­niem poję­cia mno­że­nia, lecz ucze­nie się jej powin­no też pro­wa­dzić do ugrun­to­wa­nia, pogłę­bie­nia rozu­mie­nia isto­ty mno­że­nia. By zro­zu­mieć dzia­ła­nie sym­bo­li­zo­wa­ne przez 3 × 4 nale­ży widząc jed­no­ści skła­da­ją­ce się na licz­bę 4 jako róż­ne, pomy­śleć o nich jako o cało­ści (kolek­cji). Następ­nie nale­ży wyobra­zić sobie oddziel­nie trzy takie kolek­cje (zbio­ry) po czte­ry, myśląc o nich jako o czę­ściach więk­szej cało­ści. Poję­cie mno­że­nia wyma­ga więc skom­pli­ko­wa­ne­go aktu psy­chicz­ne­go, któ­ry może powstać tyl­ko z obser­wa­cji kon­kret­nych fak­tów4 oraz z prze­ży­cia odpo­wied­nich doświad­czeń i obser­wa­cji. Nale­ży więc liczyć guzi­ki przy­cze­pio­ne na kar­to­nie po pięć w rzę­dzie, pudeł­ka usta­wio­ne po 4, 5, 6, 7, w rzę­dzie, ryso­wać kół­ka po 3, 4, 5 itd. w rzę­dzie, ukła­dać patycz­ki, usta­wiać dzie­ci, donicz­ki, zli­czać kwa­dra­ty mniej­sze w więk­szym, zli­czać dziur­ki w tek­tu­rze, kwia­ty na chu­s­tach, gałąz­ki na drze­wie, szy­by w oknach itd. itd. Sta­łe sche­ma­ty figur licz­bo­wych mogą tu tyl­ko prze­szka­dzać5.

Jeśli zanie­cha się fazy eks­pe­ry­men­to­wa­nia (bada­nia) i zastą­pi się ją mecha­nicz­nym recy­to­wa­niem tablicz­ki mno­że­nia, dziec­ko nigdy nie zro­zu­mie isto­ty mno­że­nia i co za tym idzie, nie nauczy się tablicz­ki mno­że­nia. Dla­te­go przez dłuż­szy czas nale­ży pozwo­lić dzie­ciom na doda­wa­nie rów­nych skład­ni­ków i, na przy­kład, w zaba­wach w sklep pła­cić z począt­ku za każ­dy przed­miot oddziel­nie. Takie i podob­ne ćwi­cze­nia dłu­go sto­so­wa­ne dadzą pew­ność, że dzie­ci rozu­mie­ją poję­cie mno­że­nia. Dłu­go trze­ba tak pra­co­wać, aż potrze­ba nazwa­nia wyod­ręb­nie­nia nowe­go dzia­ła­nia (mno­że­nia) oka­że się uzasadniona.

Jeśli np. w kla­sie mamy 4 okna, a w każ­dym 6 szyb, to ucznio­wie zli­czą okna poprzez doda­wa­nie 6 + 6 + 6 + 6, a nie mno­że­nie 4 × 6.
Jeśli wpra­wie­nie jed­nej szy­by kosz­tu­je 3 zł, to ucznio­wie poli­czą koszt wpra­wie­nia 6 szyb tak: 3 + 3 + 3 + 3 + 3 + 3. 

Dobrym ćwi­cze­niem, gdy już wpro­wa­dzi­my poję­cie mno­że­nia po dłu­gim doda­wa­niu rów­nych skład­ni­ków, jest czy­nie­nie zapi­su obra­zu, któ­ry dzie­ci widzą.

Jeśli na kar­to­nie uszy­to np. 3 rzę­dy po 6 guzi­ków (nary­su­je­my je jako kół­ka w trzech rzę­dach po 6), to dzie­ci patrząc na ten obraz muszą umieć zapi­sać 6 + 6 + 6, a potem 3 × 6 (nie 6 ×3).

Na koniec pierw­szej czę­ści naszych roz­wa­żań dodam jesz­cze dwie szcze­gó­ło­we uwagi.

  • Zanim dzie­ci nie zro­zu­mie­ją dobrze isto­ty mno­że­nia, nie wol­no mie­szać zapi­su 4 × 3 z zapi­sem 3 × 4. Albo­wiem pierw­szy zapis zna­czy 3 + 3 + 3 + 3, a dru­gi zna­czy 4 + 4 + 4.
  • Zada­nia słow­ne w rodza­ju „Jeśli mamy 7 piór­ni­ków, a w każ­dym 4 ołów­ki, to ile jest ołów­ków?” są bez­ce­lo­we, bo jak słusz­nie zazna­cza Fein­ste­in6, dziec­ko odrzu­ca treść słow­ną nie­cie­ka­wą i zado­wa­la się samy­mi licz­ba­mi. Nie przy­czy­nia­ją się one do zro­zu­mie­nia sen­su mno­że­nia. Cytu­jąc Thorn­di­ke­’a: „dzie­ci – nie rozu­mie­ją­ce isto­ty mno­że­nia – mno­żą, a nie doda­ją, bo tyl­ko ta odpo­wiedź podo­ba się nauczy­cie­lo­wi”7, ale ze zro­zu­mie­niem isto­ty mno­że­nia nie ma to nic wspólnego.

Zro­zu­mie­nie, nie w sen­sie jed­no­ra­zo­we­go wyja­śnie­nia, ale w sen­sie czę­stych doświad­czeń i obser­wa­cji isto­ty mno­że­nia jest pod­sta­wą dobrej nauki tablicz­ki mnożenia.

dr Igna­cy Kiken

Pier­wot­na wer­sja tek­stu pt. Ucze­nie się natu­ral­ne tablicz­ki mno­że­nia uka­za­ła się w „Mie­sięcz­ni­ku Peda­go­gicz­nym” (nr 2 z 1939 r.)


1 E. L. Thorn­di­ke, The psy­cho­lo­gy of Ari­th­me­tic. New York 1922.
2 A. Krantz, Pier­wia­stek myśle­nia w naucza­niu rachun­ków. „Para­metr”, t. 1, nr 10.
3 A. Ger­lach, Von schönen Rechen­stun­den. Lipsk 1921.
4 Gros­gu­rin, Ense­igne­ment de l’a­ri­th­méti­que. Lozanna–Genewa 1922.
5 ‎W‎ ‎dru­giej‎ ‎poło­wie‎ ‎XIX‎ ‎w.‎ postu­lo­wa­no oprzeć‎ ‎naucza­nie‎ ‎począt­ków‎ ‎aryt­me­ty­ki, uwzględ­niać ‎aspekt wyobra­że­nio­wy, któ­ry‎ ‎– jak sądzo­no – domi­nu­je‎ ‎w‎ ‎inte­lek­cie‎ ‎dziec­ka‎. W‎ tym celu‎ ‎‎zapro­po­no­wa­no róż­ne­go rodza­ju‎ ‎obra­zy‎ ‎licz­bo­we,‎ ‎a‎ ‎meto­dę‎ ‎naucza­nia,‎ ‎opar­tą‎ ‎na nich,‎ ‎nazwa­no‎ ‎meto­dą‎ ‎obra­zów‎ (figur) ‎licz­bo­wych.‎ W Pol­sce w okre­sie mię­dzy­wo­jen­nym popu­lar­na była kon­cep­cja‎ ‎A.‎ ‎M.‎ ‎Rusiec­kie­go: każ­dej‎ ‎licz­bie natu­ral­nej ‎w‎ ‎zakre­sie do‎ ‎20,‎ ‎odpo­wia­dał‎ ‎cha­rak­te­ry­stycz­ny‎ ‎obraz‎ ‎licz­bo­wy,‎ ‎dają­cy‎ ‎się roz­po­znać‎ – jak sądzo­no – ‎jed­nym‎ „‎rzu­tem‎ ‎oka” (oprac. red. P.Perekietka).
6 P. Fein­ste­in, Jak nauczy­łam dzie­ci kl. III tablicz­ki mno­że­nia?. Pra­ca Szkol­na, R. XV, nr 1.
7 E. L. Thorn­di­ke, Psy­cho­lo­gie der Erzie­hung. Jena 1922.