Józef Hoene-Wroński uro­dził się 23 sierp­nia 1776 roku w Wolsz­ty­nie. Zacho­wał się auto­graf Wroń­skie­go, w któ­rym podał tę datę: „Le sous­si­gné est né le 23 Août 1776, dans la pala­ti­nat de Posen, en Polo­gne” (tłum.: „Niżej pod­pi­sa­ny uro­dził się 23 sierp­nia 1776 w woje­wódz­twie poznań­skim w Polsce”).

Z zapi­sów w para­fial­nej księ­dze chrztów wie­my, że 28 sierp­nia był ochrzczo­ny Józef Ste­fan, syn archi­tek­ta o nazwi­sku Hey­na. (Już w wie­lu doro­słym, Józef przy­brał imię Maria do upa­mięt­nie­nia odkry­cia, któ­re­go doko­nał 15 sierp­nia 1803 lub 1804 roku. Od tego cza­su w świę­to Wnie­bo­wzię­cia obcho­dził imieniny).

Ojciec Józe­fa, archi­tekt Anto­ni Höh­ne (tak się pod­pi­sy­wał) był auto­rem pro­jek­tu kościo­ła far­ne­go w Wolsz­ty­nie i nad­zo­ro­wał tę budo­wę. Został spraw­dzo­ny do Pol­ski praw­do­po­dob­nie przez ówcze­sne­go wła­ści­cie­la dóbr wolsz­tyń­skich Rafa­ła Gajew­skie­go, któ­ry był fun­da­to­rem świą­ty­ni. Pocho­dził zapew­ne z rodzi­ny cze­skiej o nie­miec­kim nazwi­sku, zamiesz­ka­łej na tere­nie nale­żą­cym wów­czas do Sak­so­nii. Nie jest zna­ny dokład­nie rok uro­dze­nia Anto­nie­go (mię­dzy 1745 i 1747). Wia­do­mo, że zmarł w 1795 r.

Mat­ką Józe­fa była Elż­bie­ta Per­nic­ka (Ber­nic­ka). Z jej aktu chrztu wyni­ka, że uro­dzi­ła się w 1755 r. i była ochrzczo­na w Wolsz­ty­nie. Zmar­ła w 1791 r.

W roku 1777 Anto­ni Höh­ne z żoną i synem Józe­fem prze­pro­wa­dzi­li się do Pozna­nia. Pro­jek­to­wał m.in. kościół Świę­te­go Krzy­ża i kamie­ni­ce czyn­szo­we oraz uczest­ni­czył w pra­cach reno­wa­cyj­nych (m.in. zam­ku na Górze Prze­my­sła). W akcie nomi­na­cji na archi­tek­ta kró­lew­skie­go z roku 1779, nada­nych przez kró­la Sta­ni­sła­wa Augu­sta, jest wymie­nio­ny w sło­wach „nobi­lis Anto­nius Höhne”.

Z mał­żeń­stwa Elż­bie­ty i Anto­nie­go uro­dzi­ło się sze­ścio­ro dzie­ci. Józef był naj­star­szym z nich. Imio­na jego sióstr i bra­ci to: Agniesz­ka (ur. 1781), Maria (ur. 1782), Marian­na (ur. 1784), Win­cen­ty (ur. 1787) i Jani­na (rok ur. nieznany).

Ojciec Józe­fa brał udział w prze­bu­do­wie ratu­sza poznań­skie­go. Nad­zo­ro­wał wyko­na­nie zwień­cze­nia (tzw. heł­mu) na nowo posta­wio­nej w roku 1783 wie­ży. Moż­na domnie­my­wać, że 19 lip­ca 1783 roku nie­speł­na sied­mio­let­ni Józef, pod opie­ką mat­ki, obser­wo­wał uro­czy­stość osa­dze­nia mie­dzia­ne­go orła na wie­ży poznań­skie­go ratusza.

W wie­ku 10 lat Józef roz­po­czął naukę w Szko­le Wydzia­ło­wej Poznań­skiej. W spi­sach uczniów z lat 1786–1790 figu­ro­wał, zgod­nie z metry­ką chrztu, jako Józef Hey­na. Z doku­men­ta­cji szkol­nej wyni­ka, że począt­ko­wo był uczniem śred­nim (w kla­sie I z języ­ka nie­miec­kie­go otrzy­mał notę „mier­ny”; w rubry­ce „oby­cza­je” był okre­ślo­ny jako „pło­chy”). W kla­sie II postę­py w nauce uzna­no za dobre. Dopie­ro w kla­sie III uzy­skał już wszyst­kie noty dobre lub bar­dzo dobre, a w „oby­cza­jach” okre­ślo­no Józe­fa sło­wem „uważ­ny”. W kla­sie IV zna­lazł się na pierw­szym miej­scu w wyka­zie zawie­ra­ją­cym „imio­na uczniów wyż­sze­go porząd­ku”. Zacho­wa­ły się wspo­mnie­nia Hoene-Wrońskiego (zapi­sa­ne w języ­ku fran­cu­skim), gdzie o latach szkol­nych pisze: „Żar­li­we pasje z nie­usta­ją­cą żądzą wyróż­nia­nia się (…) były jedy­ną zasa­dą wszel­kich moich dzia­łań [tłum. Lech Łukomski]”.

W Szko­le Wydzia­ło­wej w Pozna­niu w naucza­niu mate­ma­ty­ki korzy­sta­no z pod­ręcz­ni­ków opra­co­wa­nych przez Simo­na Lhu­ilie­ra, nagro­dzo­nych w kon­kur­sie Towa­rzy­stwa do Ksiąg Ele­men­tar­nych Komi­sji Edu­ka­cji Naro­do­wej, powo­ła­nej przez sejm w 1773 r.

W biblio­te­kach cyfro­wych (np. w zaso­bach Polo­na) moż­na zna­leźć pod­ręcz­ni­ki do aryt­me­ty­ki, geo­me­trii i alge­bry, opra­co­wa­ne przez Simo­na Lhu­ilie­ra. Książ­ki mia­ły wie­le wydań – kształ­ci­ły się na nich co naj­mniej dwa poko­le­nia Pola­ków. War­to się z nimi zapo­znać. Na przy­kład wyda­nie Aryt­me­ty­ki z 1809 r. znaj­du­je się tutaj.

Jed­nym z nauczy­cie­li Józe­fa w kla­sie I był Jan Krzew­ski, któ­ry był też zawo­do­wym geo­de­tą. Cześć zajęć szkol­nych z geo­me­trii odby­wa­ło się w tere­nie, ich cel był bar­dzo prak­tycz­ny – uczo­no pod­staw mier­nic­twa (geo­de­zji).

Z pew­no­ścią Józef w szko­le zapo­znał się m.in. z pro­sty­mi meto­da­mi pomia­ru wysokości.

Na temat meto­dy przed­sta­wio­nej na rysun­kach moż­na prze­czy­tać w opo­wia­da­niu zamiesz­czo­nym tutaj.

Latem 1792 roku (lub rok póź­niej) nie­peł­no­let­ni jesz­cze Józef Höh­ne (Hey­na) decy­du­je się na wstą­pie­nie do woj­ska pol­skie­go. Pota­jem­nie opusz­cza dom i uda­je się do War­sza­wy. Chcąc utrud­nić ojcu poszu­ki­wa­nia Józef posłu­gu­je się nazwi­skiem Wroń­ski. (W kla­sie II i III w Szko­le Wydzia­ło­wej wśród kole­gów znaj­do­wał się Anto­ni Wroń­ski. Być może ten fakt miał wpływ na wybór Józefa).

Józef został przy­ję­ty do kade­tów Kor­pu­su Arty­le­rii Koron­nej. Po kil­ku mie­sią­cach zosta­je pod­ofi­ce­rem w stop­niu ognio­mi­strza. O jego udzia­le w wal­kach na uli­cach War­sza­wy w kwiet­niu 1794 r. w począt­ko­wej fazie insu­rek­cji kościusz­kow­skiej brak jest jakich­kol­wiek źró­dło­wych infor­ma­cji. Wia­do­mo, że Józef Wroń­ski już 18 lip­ca awan­so­wał na pod­po­rucz­ni­ka, a w rapor­cie gene­ra­ła Zającz­ka z 5 sierp­nia 1794 r. wymie­nio­ny już został „porucz­nik Wroński”.

W cza­sie oblę­że­nia sto­li­cy przez Pru­sa­ków Józef Hoene-Wroński dowo­dził bate­rią zło­żo­ną z dwóch dział i dwóch moź­dzie­rzy, któ­re zaj­mo­wa­ły sta­no­wi­sko naj­bar­dziej wysu­nię­te ku pozy­cjom wro­ga. Oto frag­men­ty rapor­tu z 5 sierp­nia 1794 roku, dru­ko­wa­ne­go w pra­sie warszawskiej:

„Bate­rie nasze (…) traf­nie z lewe­go skrzy­dła rzu­co­ne, zapa­li­ły Wolę. (…) Wyda­rzy­ło się porucz­ni­ko­wi Wroń­skie­mu, że umie­rzyw­szy dobrze zapa­lił sto­do­łę w Woli, skąd więk­szy pożar coraz bar­dziej roz­sze­rzał się. Za tę sta­ran­ność Naj­wyż­szy Naczel­nik uda­ro­wał tegoż porucz­ni­ka zło­tym zegar­kiem z takim­że łańcuszkiem”.

Wroń­ski – jak pisze bio­graf Lech Łukom­ski – wie­lo­krot­nie wspo­mi­nał o tym uda­nym wystrza­le i otrzy­ma­nej nagrodzie.

Po odstą­pie­niu Pru­sa­ków od oblę­że­nia War­sza­wy porucz­nik Wroń­ski został wysła­ny na wspar­cie dywi­zji gene­ra­ła Sie­ra­kow­skie­go. W bitwie pod Macie­jo­wi­ca­mi dowo­dził bate­rią pra­we­go skrzy­dła. Jak wia­do­mo, woj­ska pol­skie ponio­sły klę­skę w star­ciu z kor­pu­sem rosyj­skim, co przy­pie­czę­to­wa­ło upa­dek powsta­nia i pro­wa­dzi­ło do III roz­bio­ru Polski.

Józef Wroń­ski tra­fił do nie­wo­li. Unik­nął zsył­ki w głąb Rosji, gdyż przy­jął pro­po­zy­cję przy­ję­cia do woj­ska rosyj­skie­go w stop­niu w stop­niu kapi­ta­na arty­le­rii w zamian za nary­so­wa­nie pla­nu for­ty­fi­ka­cji Pra­gi. Przej­ście z armii insu­rek­cyj­nej do armii wro­ga kil­ka lat póź­niej Hoene-Wroński w jed­nym z listów do gene­ra­ła Jana Hen­ry­ka Dąbrow­skie­go komen­to­wał cho­rą ambi­cją: „Dosko­na­le­nie się w moim zawo­dzie; w tym tyl­ko widzia­łem inte­res i nie dba­łem o nic inne­go [tłum. Lech Łukomski]”.

W służ­bie w armii rosyj­skiej (do wrze­śnia 1797 r.) doszedł Wroń­ski do świa­do­mo­ści naro­do­wej. W póź­niej­szym liście do gen. Dąbrow­skie­go tak pisał:

„Rumie­ni­łem się ze wsty­du, nie śmia­łem niko­mu spoj­rzeć w oczy. (…) Nie­je­den raz mia­łem chęć uwol­nić się od tak uciąż­li­we­go życia, ale świa­do­mość moż­li­wo­ści napra­wie­nia błę­dów mło­do­ści i nadzie­ja, że sta­nę się jesz­cze, być może, uży­tecz­nym Ojczyź­nie, powstrzy­my­wa­ła me ręce [tłum. Lech Łukomski]”.

War­to dodać, że Hoene-Wroński – jak może­my prze­czy­tać w bio­gra­fii Wroń­skie­go – po upad­ku powsta­nia listo­pa­do­we­go „jedy­ną real­ną szan­sę dla popra­wie­nia Pol­ski widział w fede­ra­cji naro­dów sło­wiań­skich”, w któ­rej rolę opie­ku­na przy­pa­dać by musia­ła naj­więk­sze­mu. Dopie­ro pod koniec życia utra­cił swe nadzie­je co do roli Rosji w Słowiańszczyźnie.

W 1798 roku Józef Hoene-Wroński zgłę­biał nauki prawno-ekonomiczne na Uni­wer­sy­te­cie w Hal­le. Z począt­kiem 1799 roku słu­chał wykła­dów z filo­zo­fii na Uni­wer­sy­te­cie w Getyn­dze. Szcze­gól­nie inte­re­so­wał się filo­zo­fią Kanta.

Po krót­kim poby­cie w Anglii, Hoene-Wronski dotarł do Francji.

W 1800 roku, prze­by­wa­jąc w Mar­sy­lii, opra­co­wał i oddał do dru­ku bro­szur­kę pt. Le bom­bar­dier polo­na­is (tłum. Bom­bar­dier pol­ski). Jej tytuł nawią­zy­wał do będą­ce­go wów­czas w uży­ciu pod­ręcz­ni­ka bali­sty­ki, autor­stwa Beli­do­ra, noszą­ce­go tytuł Le bom­ba­dier fra­nça­is. Wroń­ski zarzu­cał mu, że nie uwzględ­nia opo­ru powie­trza, a krzy­wa bali­stycz­na poci­sku jest w nim wyzna­cza­na bez uwzględ­nia­nia róż­nic wyso­ko­ści mię­dzy pozy­cją arty­le­rzy­sty a celem.

Hoene-Wroński w swo­jej publi­ka­cji opi­sy­wał wyna­la­zek, któ­ry nazwał bole­ome­trem (grec. βολεο – rzut). Był to przy­rząd do pomia­ru odle­gło­ści dzie­lą­cej obser­wa­to­ra od wyzna­czo­ne­go celu.

4 czerw­ca 1800 r. Aka­de­mia w Mar­sy­lii przy­ję­ła Józef Hoene-Wrońskiego na członka-korespondenta okre­śla­jąc go „ofi­ce­rem pol­skim, dobrze obe­zna­nym z mate­ma­ty­ką [tłum. Lech Łukomski]”.

Gen. Dąbrow­ski w liście z listo­pa­da 1800 r. wyra­ził życze­nie, by Wroń­ski poświę­cił się pra­cy nauko­wej „idąc śla­da­mi nasze­go sław­ne­go roda­ka Kopernika”.


Infor­ma­cje zosta­ły opra­co­wa­ne na pod­sta­wie bio­gra­fii Józe­fa Hoene-Wrońskiego autor­stwa Lecha Łukom­skie­go, wyda­nej w Kra­ko­wie w 1982 r.

Ilu­stra­cje przy­go­to­wa­ła Han­na Kuik.